We wczorajszym komunikacie Kancelarii Prezydenta (do której należy teren przed Pałacem), harcerzy (to oni postawili krzyż dwa dni po katastrofie smoleńskiej) i warszawskiej kurii podkreślono m.in., że ustawienie krzyża było spontaniczne i że "miejscem najbardziej godnym tego Krzyża i jego symboliki jest świątynia", która "pozwoli wspominać ofiary katastrofy smoleńskiej w należytej powadze i skupieniu".
Pod porozumieniem podpisali się: szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski, rzecznik kurii ks. Rafał Markowski oraz przedstawiciele Związku Harcerstwa Polskiego, Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej i duszpasterstwa akademickiego kościoła św Anny.
- Ważne, że podpisały się tam obie organizacje harcerskie, które w dniach żałoby pełniły warty na Krakowskim Przedmieściu - mówi "Gazecie" Jędrzej Kunowski, rzecznik warszawskiego ZHP. Ks. Markowski mówi zaś KAI: - Zależało nam na tym, by przyszła historia krzyża potoczyła się godnie. Nie możemy obojętnie patrzeć na to, że krzyż staje się nagle przedmiotem awantury.
Krzyż zostanie przed Pałacem do akademickiej pielgrzymki na Jasną Górę, która rozpoczyna się 5 sierpnia. Jej uczestnicy mają wtedy uroczyście zabrać krzyż sprzed Pałacu.
Ale, jak się dowiedzieliśmy, jest też inny scenariusz. - Krzyż będzie przeniesiony do kościoła św. Anny w najbliższych dniach. Szczegóły trzymane są w tajemnicy. Nikt nie chce, by doszło do awantur. O terminie uroczystości
policja i służby miejskie dowiedzą się w ostatniej chwili - mówi nasz informator znający przebieg negocjacji.
Bitwa o krzyż trwa od prawie dwóch tygodni. Kiedy prezydent elekt Bronisław Komorowski powiedział "Gazecie", że krzyż "trafi w inne, bardziej odpowiednie miejsce", zaprotestowali politycy PiS. Zbigniew Ziobro posłużył się słowami
Jana Pawła II: "Brońcie Krzyża", Jarosław Kaczyński stwierdził zaś, że jeśli Komorowski krzyż usunie, "będzie wiadomo, kim jest".
Pod krzyżem zaczęła czuwać grupka osób, które mówiły np., że Lech Kaczyński zginął w zamachu, Donald Tusk jest Żydem, a Komorowski to wnuk bolszewika.
Nie odzywali się za to biskupi. Dopiero wczoraj grę krzyżem skrytykował prymas abp Józef Kowalczyk. - Błagamy Boga, byśmy dorastali fizycznie i duchowo i budowali nową Polskę, gdzie będzie się mówić językiem miłości, nie upolitycznionej, ale miłości autentycznej, gdzie będzie się bronić krzyża, ale autentycznie i szczerze, jak uczył
Jan Paweł II, bez upolityczniania krzyża - powiedział na Jasnej Górze.
Politycy reagują różnie. - Dobrze, że jest porozumienie. To świadczy o tym, że potrafimy znaleźć racjonalne wyjście z emocjonalnej sytuacji - uważa marszałek Sejmu
Grzegorz Schetyna. Politycy Lewicy zgodnie powtarzają, że to wreszcie "koniec cyrku". Ale Jolanta Szczypińska z PiS dalej przekonuje, że "jesteśmy państwem katolickim i powinniśmy tego krzyża bronić". - Jeśli patrzeć w ten sposób, to powinniśmy równie dobrze wyprowadzić krzyż ze szkół, z urzędów, a być może przeszkadzałby na cmentarzach - dodaje.
Według wczorajszego komunikatu wybrano kościół św. Anny jako "miejsce nieustannej modlitwy za tragicznie zmarłego Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego Małżonkę oraz wszystkie ofiary katastrofy smoleńskiej". Krzyż stanie tam w kaplicy loretańskiej, gdzie jest także pomnik katyński.
Grupa czuwająca pod krzyżem porozumieniem się nie przejmuje. Wczoraj usłyszeliśmy pod Pałacem: - Harcerze już kupieni.
Kościół? A czy to władze kościelne ten krzyż stawiały? Będziemy tu stać, choćby się krew miała lać.
Inna osoba dodaje: - Będziemy tu pilnować, tak jak żeśmy pilnowali do tej pory. Ma być pomnik, taka była wola tych, co go tu postawili. Tylko strach większy, bo wiadomo, co mogą zrobić? Porwać, zabić. Jak prezydentowi to zrobili, to co nam dopiero?
Niektórzy harcerze chcieli, by na miejscu krzyża stanął pomnik. Ale jak się dowiadujemy w stołecznym ratuszu, z powodów konserwatorskich nie ma o tym mowy. Konserwator zabytków już poinformował o tym Kancelarię Prezydenta. Min. Michałowski zapewnił wczoraj, że prace nad sposobem upamiętnienia ofiar katastrofy odbędą się "bez zbędnej zwłoki".
Ratusz na razie nie chce o tym rozmawiać. - Jesteśmy finansowo zaangażowani już na 2,5 mln zł w pomnik ofiar powstający na Powązkach. To obecnie priorytet - mówi Jarosław Jóźwiak, wiceszef gabinetu prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz.