Dorota Steinhagen: Wyguglujcie sobie św. Franciszka! Podobałoby się panu takie stwierdzenie z ust księdza w kościele, podczas kazania?
Prof. Jerzy Bralczyk: Wszystko zależy, w jakim kontekście słowa i sformułowania są używane. W pewnych sytuacjach tego rodzaju wypowiedź - gdyby miała jednocześnie cechy językowego żartu - mogłaby wywołać pozytywne reakcje. Trochę by mnie jednak raziło, gdyby ksiądz mówił tak w sposób dla siebie naturalny i nie wskazywał, że to cytat albo żart.
A linkowanie i klikanie przeszkadza panu? Cały ten język internetu?
- Nawet słowa nieprzyzwoite, jeśli są cytowane lub używane po to, by coś zilustrować, mają rację bytu, także w wypowiedziach uroczystych. Musimy odróżniać tzw. przezroczystą komunikację, czyli taką, w której nie zwraca się uwagi na sformułowania, i taką, w której pokazujemy: oto takimi słowami ludzie także się porozumiewają.
A Pan Jezus z apostołami jadł kolację czy spożywał wieczerzę? Pielgrzymi na Jasną Górę przybywają czy po prostu przyjeżdżają lub przychodzą?
- Na pewno Ostatniej Wieczerzy nie da się nazwać kolacją, była także raczej spożywana, a nie jedzona. To sformułowanie funkcjonuje jako nazwa własna i z żadnym innym posiłkiem nie bywa mylone. Gdybyśmy o kolacji z przyjaciółmi, nawet ostatniej przed rozstaniem, powiedzieli ostatnia wieczerza, wszyscy uznaliby to za cytat, i to prawdopodobnie niezbyt stosowny. Nasz język powinien być dostosowany do okoliczności. Obowiązuje nas decorum, czyli zasada stosowności, zgodności formy z treścią. Czasami wskazane jest stosowanie języka potocznego, czasami wzniosłego, najczęściej - neutralnego. Gdybym o sobie powiedział, że będę spożywał wieczerzę, miałoby to cechy żartu. W języku kościelnym patos i wzniosłość są na miejscu. Tak wydaje się kapłanom, tak wydaje się także wiernym. Zresztą słowa kapłan i wierni także mają w tym odniesieniu wymiar podniosłości. Czy pielgrzymi przybywają? W oficjalnych informacjach, nawet nie w odniesieniu do pielgrzymów, często mówimy, że ktoś dokądś się udał, skądś przybył, choć o sobie, że się udał i przybył, nikt raczej nie powie.
Czy młody człowiek, który w SMS-ach pisze pozdro i nara, rozumie te wszystkie przybywania i spożywania?
- Ależ oczywiście. Jesteśmy w tej kulturze zakorzenieni bardzo głęboko i będzie to trwało jeszcze dziesięciolecia, nawet stulecia. Dlatego, gdy niektórzy księża chcą pospolitować się językowo i używać określeń bardzo swobodnych, dla wielu jest to rażące, a nawet żenujące. Były próby przekładania tekstów kościelnych na język młodzieżowy, ale według mnie miał to być rodzaj żartu, który nie wyszedł zbyt dowcipnie - bycie dowcipnym czy zabawnym nie zawsze jest stosowne. Zachowanie umiaru może być trudne. Dla mnie pójście w taką swobodę jest o wiele bardziej ryzykowne niż stosowanie utartych i kulturą usankcjonowanych językowych formuł.
Bo Pan Jezus cuda czynił, a nie robił?
- Na pewno nie wyczyniał. Czynić cuda to robić coś, z czym ludzkiemu rozumowi trudno się pogodzić. Gdyby cuda były robione, byłoby to związane z działalnością praktyczną, fizyczną, rękodzielniczą. Zrobił dwa cuda To zupełnie nie brzmi.
Czy współcześni kaznodzieje nie przesadzają jednak z patosem?
- Być może niektórzy. Wszelkie rejestry języka są przydatne, pod warunkiem że odbiorca i nadawca są połączeni wspólną ideą czy też wspólnym pomysłem na komunikację. Jeśli oczekuję wypowiedzi poważnej, a dostaję żart, to mogę się czuć lekko skonfundowany. Odwrotnie - również. To kwestia umiejętności odczytywania zapotrzebowania komunikacyjnego drugiej strony. Czasami zdarza się jednak, i to nie tylko w kościele, ale też we wszelkich sytuacjach uroczystych, że ci, którzy mówią, chcą budować językiem swoją wyższość i ważność. Nie tyle o komunikowanie wtedy chodzi, ile o dominowanie i ustalanie pożądanego - dla siebie - porządku społecznego. Gdy chcemy dominować, często używamy języka agresywnego - niech słuchacz ze strachu czy poczucia winy podporządkuje się nam; lub wzniosłego, który może sugerować, że jesteśmy reprezentantami jakiegoś wyższego porządku, że przemawiamy w imieniu bardzo ważnej instytucji albo nawet bóstwa.
I do tej wzniosłości budującej pozycję mówiącego potrzebne są takie słowa jak ubogacać?
- To słowo chyba w ogóle nie jest potrzebne. Owszem, między zmęczyć i umęczyć jest znacząca różnica. Między zmartwić a umartwić - także. Ale między wzbogacić a ubogacić już takiej różnicy nie ma. Można się wzbogacić także duchowo, nie tylko o dobra doczesne, i byłbym za tym, by zachować to słowo także w pozamaterialnym znaczeniu. Ubogacanie tak często używane powoduje, że zamiast wzniosłości mamy napuszenie. Język to na szczęście bardzo czuły barometr i bardzo szybko reaguje na fałsz, na nadmierny patos. Ubogacanie często jest więc używane w kontekście ironicznym i wykpiwane.
Co z konferencjami, które zamiast wykładów, odczytów czy pogadanek są głoszone na różnych religijnych zjazdach i spotkaniach?
- Dla mnie konferencja to przede wszystkim zdarzenie naukowe, w którym różne osoby wygłaszają swoje referaty, by słuchacze o nich potem dyskutowali. Może chodzi o dodanie naukowego wymiaru takiemu spotkaniu?
A jaki jest cel nazywania każdej opowieści dawaniem świadectwa. To ostatnio także bardzo popularne.
- Są takie modne słowa, które pojawiają się w publicznym dyskursie. Słowo dyskurs właśnie, jako ciąg zachowań językowych. Narracja jako sposób przedstawiania rzeczywistości pokazujący, że ludzie mają różne oglądy zdarzeń. Podobnie jest z dawaniem świadectwa. W jakiś sposób jest to nawet uzasadnione, bo jeśli ktoś opowiada historię, której był świadkiem, to faktycznie daje świadectwo. Tyle tylko, że my świadectwo kojarzymy albo ze szkołą, w której świadectwa się dostaje, albo z poświadczaniem prawdy w sposób bardzo uroczysty. Nie możemy powiedzieć, że ktoś dał świadectwo, jeśli podejrzewamy go o zmyślenie czy nawet ubarwianie swojej opowieści. Może, używając takiego sformułowania, chcemy dowartościować tych, którzy do nas mówią? Nie jestem tylko przekonany, czy dawanie świadectwa nie stało się elementem języka napuszonego i mniej ma wspólnego z poświadczaniem prawdy.
Zauważył pan pewnie, że niektórzy politycy używają języka kościelnego. Ostatnio usłyszałam, że Jarosław Kaczyński nawiedził jedną z miejscowości podczas kampanii prezydenckiej. Ubogacanie też się zdarza i dawanie świadectwa Po co to?
- Nawiedzają nas różne nieszczęścia i plagi... W przypadku polityka nawiedzić zamiast odwiedzić to patetyzm. Trzeba przy tym uważać, żeby nie okazało się, że to polityk jest nawiedzony, bo to coś zupełnie innego... Już poważnie - ktoś musiał pomyśleć, że takie sformułowanie podniesie rangę wizyty. Gorzej byłoby, gdyby wpadł na pomysł, że nawiedzając daną miejscowość, polityk ją jeszcze ubogacił. To już dałoby powód do naprawdę ironicznych komentarzy. Język ironią broni się przed takimi nadużyciami.
A co z męczeńską śmiercią ofiar katastrofy pod Smoleńskiem? To też jest przecież przejęte z języka Kościoła.
- Męczennik, męczeństwo, męczeńska śmierć mają wyraźne konotacje religijne, kojarzą się ze śmiercią poniesioną za wiarę. Ofiara praktycznie także wywodzi się z języka wiary, ale dziś ma bardziej neutralne znaczenie. Mówiąc o męczeństwie tamtej śmierci pod Smoleńskiem, próbuje się nadać jej wymiar wzniosły, nawet religijny, by mogła stać się ważniejsza, bardziej znacząca.
Jakie jest pana ulubione słowo pochodzące z kościelnego języka?
- Może nie tyle pochodzące z kościelnego języka, ile używane w kościelnych kontekstach: źdźbło z kazania na Górze, to, które widzimy w oku bliźniego, gdy we własnym nie zauważamy belki. Źdźbło jest dla mnie słowem pięknie brzmiącym, fonetycznie bardzo polskim, trudnym w odmianie, a przy tym o tak pięknym odniesieniu - niby niewielkie, a jakie istotne.