http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tadeusz Słobodzianek: Chcę komplikować odpowiedzi

Juliusz Kurkiewicz
2010-07-06, ostatnia aktualizacja 2010-07-05 19:03

Przedstawiamy 20 książek nominowanych do nagrody Nike 2010. Dziś dramat Tadeusza Słobodzianka "Nasza klasa" - jeden z pierwszych utworów nawiązujących do zbrodni w Jedwabnem

Nasza klasa

Tadeusz Słobodzianek

słowo/obraz terytoria, Gdańsk



Większość szczegółów autor zaczerpnął z książek historyków i dziennikarzy (m.in.. Jana T. Grossa i Anny Bikont), ale autentyczny materiał podległ daleko idącemu przekształceniu. Słobodzianek w 14 scenach-lekcjach opowiada dzieje Polaków i Żydów, przed wojną uczniów jednej klasy szkolnej w miasteczku przypominającym Jedwabne - od tamtego czasu po współczesność.

Wszystko zaczyna się w latach 30. Umiera marszałek Piłsudski, na pokojowej - wydawałoby się - koegzystencji uczniów cieniem kładzie się atmosfera antysemickich uprzedzeń. Po wybuchu wojny do miasteczka wkraczają najpierw Armia Czerwona, a potem Niemcy. Rozpiętość postaw jest ogromna - Polacy tworzą organizację podziemną, ale też kolaborują - zarówno z NKWD, jak i z Niemcami. Żydzi z ulgą witają Rosjan. Gdy wkraczają Niemcy, większość Żydów zostaje bestialsko zamordowana. W mordach, gwałtach, torturach i rabunkach biorą udział koledzy z klasy, tylko nieliczni Żydom pomagają. Po zakończeniu wojny niektórzy z ocalałych z masakry zasilają aparat Służby Bezpieczeństwa, zyskują możliwość zemsty na dawnych oprawcach. W końcu większość bohaterów usiłuje ułożyć się jakoś z rzeczywistością - ludowej Polski, Izraela i Ameryki.

Ironiczny tytuł sztuki odnosi się do wspólnoty - na początku kruchej, ale realnej wspólnoty - która potem nieodwracalnie się rozpada, zamieniając się we wspólnotę złej pamięci. Z zaklętego kręgu krzywd i resentymentów nie ma wyjścia. Zbrodnia nikomu nie pozwala pozostać niewinnym.

Sztuka Słobodzianka zaczyna się od wyliczenia dramatis personae, wraz z wymownymi datami narodzin i śmierci. Bohaterowie od początku są duchami, upiorami albo - jak kto woli - trupami. Ich język - potoczny, naiwny i brutalny - zostaje spleciony z językiem popularnych wierszyków i piosenek dla dzieci, co wywołuje osobliwy efekt obcości. Podejmując archetypy dramatu romantycznego, nawiązując polemicznie do "Umarłej klasy" Tadeusza Kantora, Słobodzianek opowiada o duchach, które nie dają się ukoić ani przebłagać.





Juliusz Kurkiewicz: Ta historia została już dokładnie opisana przez historyków i dziennikarzy. Po co nam jeszcze literatura, dramat?

Tadeusz Słobodzianek: Zapomniał pan dodać, że i przez prokuratorów. Mówiąc jednak serio, literatura, a zwłaszcza teatr, stawia sobie inne cele niż poszukiwanie historycznej czy kryminalnej prawdy. W „Naszej klasie” słowo „jedwabny” pada jedynie w kontekście szalika, który nosi niemiecki amtskomendant i potem jeden z bohaterów, który go naśladuje, nie tylko pod względem mody. Nie zajmuję się wydarzeniami historycznymi, chociaż obficie czerpię z rozmaitych źródeł sądowych, dziennikarskich czy naukowych. Raczej próbuję zadać pytanie: dlaczego to, co się wydarzyło w lecie 1941 r., nie tylko w Jedwabnem czy Radziłowie, lecz także w rozmaitych wariantach w dziesiątkach miasteczek polskich, tak mnie tak dręczy? I tym swoim napięciem na ten temat chcę się podzielić z czytelnikiem czy widzem.

W pana dramacie po obu stronach - polskiej i żydowskiej - mamy do czynienia z bohaterstwem i podłością. Są Polacy - antysemici i mordercy - ale jest też Żyd - szukający zemsty ubek. Starał się pan ważyć historyczne racje, napisać utwór politycznie poprawny?

- Nie traktuję utworu dramatycznego jak przepisu kuchennego. Nie ma być smacznie. Moim zamiarem nie był obiektywizm czy publicystyczne zadowalanie kogokolwiek. Próbuje dociec mechanizmu tragedii dotykającego ludzi, którzy w pewnym miejscu i czasie znaleźli się w szczególnym splocie, jak pisze Neuger, rozmaitych relacji społecznych i psychologicznych, historii, ideologii i religii. I próbuję pytać o ludzką kondycję w tym splocie, który doprowadził do zbrodni, zemsty i cierpienia. Zemsta za bliskich, „oko za oko, ręka za rękę”, nie tłumaczy wszystkiego, co Menachem wyprawia jako ubek. Cała ta jego mokra robota, którą wykonuje, skrzywdzenie kobiety, która go ocaliła, rosnąca w nim nienawiść do samego siebie nie tłumaczy jego strachu, wypalenia, poczucia winy. Podobnie jak antysemityzm innych bohaterów - obojętnie, czy w wariancie religijnym, czy rasowym - nie tłumaczy ani gwałtu, ani spalenia ludzi żywcem, ani szlachtowania ich. I chęć zachapania rzeczy ofiar też nie wystarczy. Dla prokuratora - tak. Dla sędziego - też. Ale oni operują wąskim polem wyrokowania. Pisarz natomiast - nie. Pisarz musi pytać, dlaczego tak się stało. Dlaczego do tego doszło? Kto zawinił? Ale nie jest moją rolą odpowiadać na te pytania. Moją rolą jest je postawić.

Wierzy pan w suwerenność decyzji moralnych człowieka czy raczej w to, że człowiek pada ofiarą tego splotu czynników historycznych, społecznych, psychologicznych?

- Jedno bez drugiego nie istnieje. Wybór jest związany z koniecznością, przeznaczenie z wolnością. W tej sprzeczności jest tajemnica istnienia. W teatrze to jest szczególnie widoczne, bo teatr powstał właściwie po to, żeby móc nieustannie rozmawiać o tym, co jest wolnością, a co przeznaczeniem. Aktor robi krok na scenie i to jest ta suwerenność decyzji. Ale wystarczy, że zapytamy: Po co to robi? Skąd idzie? Dokąd zmierza? I już pojawia się jakaś determinacja, na którą musimy sobie odpowiedzieć. W tym sensie „Nasza klasa” zadaje pytania o wolność i przeznaczenie, na które każdy z widzów, utożsamiając się w pewien sposób z każdym z bohaterów, musi sobie odpowiedzieć czy też odczuć, co by zrobił, będąc na jego miejscu. Ja mu w tym nie mam zamiaru pomagać. Wręcz przeciwnie - robię wszystko, żeby tę odpowiedź jak najbardziej utrudnić i skomplikować.

Czytając pana dramat, myślałem chwilami o bohaterze powieści Jonathana Littella „Łaskawe”, który mówi: „Jestem winny, wy nie jesteście, to świetnie. Ale przecież musicie umieć powiedzieć sobie, że na moim miejscu robilibyście to samo”.

- W przeciwieństwie do Littella nie wierzę w łaskawość erynii. I jeżeli myślę o sumieniu, które one mają reprezentować, to od razu pojawia się pytanie: O jakie sumienie chodzi? Chrześcijanina? Ortodoksyjnego Żyda? Marksisty? Gnostyka? Ateisty? W gruncie rzeczy z sumieniem jest jak z punktem widzenia: zależy od punktu siedzenia. I interesu, który chcemy ubić z Bogiem albo ze społeczeństwem. Co znaczy czyste sumienie? Ilu było morderców w XX w., którzy mieli czyste sumienie? Jakie sumienia mieli Stroop albo Błochin? Ile przelano krwi w imię czystego sumienia?

Nie wierzę w czyste sumienie. Wierzę w ból, cierpienie, mozolne budowanie samowiedzy. W dramat, architekturę, medycynę. Nie w ideologie, które chcą dać nam broń do upokarzania i wykluczania innych.

Gdzie zaczyna się ta historia, którą znamy pod nazwą Jedwabne?

- Nie wiem, gdzie się zaczyna. Wiem, gdzie się nie kończy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':