http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Szpital pracował jak na froncie

Anna Gorczyca
2010-05-25, ostatnia aktualizacja 2010-05-25 19:00

Każdego dnia do szpitala w Tarnobrzegu trafia kilkadziesiąt osób z zalanych terenów. Wiele z nich to ludzie, którzy pod wpływem stresu doznali zawałów serca. Część to chorzy, którzy uciekając z domu, nie zabrali np. leków.

Tarnobrzeski Szpital Wojewódzki od ubiegłego tygodnia działa prawie jak szpital na froncie. Zgromadzono zapasy wody, które przy normalnym zużyciu wystarczyłyby na cztery dni, a przy oszczędnym - na siedem. Do szpitala ściągnięto zapasy leków, środków opatrunkowych, sprzętu jednorazowego użytku. Jedna z parafii w Ostrowcu Świętokrzyskim przekazała duży transport wody w butelkach. Szpital zaopatrzył się w większe ilości paliwa niezbędnego do uruchomienia agregatów. - Musieliśmy dostosować się do tego, co się dzieje wokół. Na szczęście woda nie zagroziła budynkowi szpitala, ale powódź dotknęła kilkudziesięciu pracowników szpitala. W Trześniowie zalany został nie tylko ośrodek zdrowia, ale także domy lekarzy - mówi Wojciech Wąsik, zastępca dyrektora szpitala. Wielu z poszkodowanych pracowników nie mogło zająć się ratowaniem swoich domów, bo musieli pozostać w szpitalu.

Od połowy ubiegłego tygodnia do niedzieli w stałej gotowości były zespoły ratownicze wszystkich szpitalnych karetek.

- Jedna z nich pojechała do Gorzyc i z powodu powodzi już nie wróciła do Tarnobrzega. Została tam, dowożą nią chorych do szpitala w Stalowej Woli - dodaje dyrektor Wąsik.

Lekarze pojechali do zalanego Sobowa i tam na miejscu prowadzili pierwszą selekcję osób, którym trzeba było jak najszybciej udzielić pomocy. Przyjęli 180 pacjentów, 40 z nich skierowali do szpitala.

Szpital, przygotowując się do przyjęcia większej liczby pacjentów, wstrzymał planowe przyjęcia. Gdy okazało się, że najszybciej zapełnił się oddział wewnętrzny, chorzy lokowani byli na innych oddziałach: ortopedii i chirurgii.

- Codziennie przyjmowaliśmy do szpitala 40-50 osób, na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym było przyjmowanych około 10 osób dziennie i udzielaliśmy 30-50 porad ambulatoryjnych - wylicza dyrektor Wąsik.

Do szpitala trafiali pacjenci z zawałami, zasłabnięciami, bólami brzucha, ze skaleczeniami i stłuczeniami, których doznali w trakcie ewakuacji. U wielu osób stres i przeżycia przyczyniły się do wystąpienia choroby.

- Wśród ratowników i innych osób uczestniczących w akcji ratowniczej pojawiały się przypadki zasłabnięcia i wycieńczenia - mówi dyrektor szpitala.

Na leczenie szpitalne przyjmowano także chorych przewlekle, którzy przestali zażywać leki, bo nie zdążyli ich zabrać z domów w czasie ewakuacji.

Gdy woda zaczęła opadać i sytuacja trochę się ustabilizowała, w szpitalu znów zaczęto przyjmować pacjentów na planowe zabiegi i leczenie.

- Ale zostawiliśmy rezerwę miejsc na wypadek, gdyby znów trzeba było przyjmować powodzian. Wkrótce zajmiemy się pomocą naszym pracownikom. Dostaliśmy dary z Darłowa, specjalna komisja je podzieli - zapowiada dyrektor Wąsik.

Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Policjanci chorują nam na potęgę

MSWiA przyznaje, że w okresie absencji chorobowej "podejmowana jest praca zarobkowa". Nikt tego jednak nie może sprawdzić

Dlaczego władza milczy?

Ultraprawicowe podziemie rośnie z roku na rok. Ataków jest coraz więcej i są coraz lepiej zorganizowane. A władza w najlepszym razie przysyła policjantów - pisze Jacek Żakowski