Choć w sobotę było wiadomo, że wał przeciwpowodziowy w Świniarach przecieka, nikt nie dopuszczał myśli, że dojdzie do najgorszego. Tym bardziej że w zagrożonych miejscach ochotnicy układali worki z piaskiem.
Gdy wał ruszył, Wisła w okamgnieniu zalała domy i gospodarstwa rozrzucone w luźnej zabudowie po płaskim terenie. Płynęła z ogromną siłą. Niektórzy zaczęli się pakować, inni modlić, kolejni ratowali się ucieczką do bliskich lub do szkół przygotowanych na przyjęcie powodzian. Cały teren pokrył się policyjnymi blokadami, kolumnami wozów strażackich z, a także pojazdów WOPR-u. Droga z Dobrzykowa w kierunku Słubic została wyłączona z ruchu, policja wpuszczała na nią tylko mieszkańców. Już na niej można było po raz pierwszy spotkać rolnicze ciągniki z przyczepami, na których było wszystko - od zwierząt gospodarczych po nowe meble. W tym miejscu rozlewiska jeszcze długo nie było widać, a ludzie już uciekali.
Szybko się rozlewa
Gdy w południe dotarliśmy do policyjnej blokady w Świniarach - woda była za lekkim wzniesieniem i za zakrętem drogi. Z tego miejsca strażacy opuszczali na wodę łodzie i pontony. - Zabierajcie samochody, zabierajcie! - pokrzykiwali na nas ratownicy. - Pod Lublinem zostawiliśmy w wodzie osiem wozów - ostrzegali.
- Samochód mi popłynął, zalało na drodze, gdy jechałem. Wróciłem po niego ciągnikiem, ale za późno było - opowiadał mężczyzna, który zatrzymał się na chwilę nad poszerzającym się rozlewiskiem.
Dwie godziny później, by opuścić Świniary i dotrzeć do zaparkowanego - jak nam początkowo się wydawało - w bezpiecznym miejscu samochodu musieliśmy brodzić w wodzie po kolana. W dodatku wodzie, która wartkim strumieniem rozlewała się po terenie, niosąc ze sobą słomę i gałęzie. Odjechaliśmy w ostatniej chwili.
Nie wszyscy mieszkańcy chcieli opuścić domy. - Nie mogę - mówiła ze łzami w oczach Anna Cichosz, mieszkanka Świniar. - Zostajemy razem z synem, musimy pilnować setki zwierząt. Część wcześniej syn wywiózł. Wprowadziliśmy je na górę, żeby były bezpieczne. Nie wiemy, jak duża będzie ta fala. Czy wejdzie na piętro. Strasznie się boję.
Mieszkańcy czekali na wojskowe transportery pływające. - Na zalanym terenie brat ma dom i 17 byków. Od rana czekamy na te transportery - mówiła, z trudem ukrywając zdenerwowanie, pani Teresa. - Był wójt, był starosta Boszko, obiecali, że amfibie będą, ale wciąż czekamy.
Wszędzie wokół zaczyna panować zdenerwowanie. Z piętra domu, który woda zaczęła otaczać wyskoczył pies. Spadł, potłukł się i zaczął kuleć. Jakaś dziewczyna złapała go na ręce i przeniosła przez wodę po kolana do miejsca, które jeszcze nie zostało zalane. Niektórzy mieszkańcy tych terenów odjechali - z bliskimi, którzy zostali, utrzymywali kontakt przez komórki.
- Udało mi się dodzwonić do brata, dowiedziałam się w końcu, że amfibie dotarły. Jedna zabrała świnie od sąsiada, druga wzięła byki od brata. Ale podobno wszystkie się nie zmieściły - opowiadała nieco później pani Teresa.
W Troszynie proboszcz ewakuował sąsiadów, a sam został pilnować zabytkowego kościółka. - Podczas poprzedniej powodzi zalało kościół, a woda podeszła niemal do drugiego piętra plebanii - wspominał. - Boję się, ale zostanę. Schronię się na ostatnim piętrze.
Ewakuacja po Dobrzyków
Minister obrony narodowej Bogdan Klich wysłał do Świniar pięć wojskowych śmigłowców, do pomocy w ewakuacji ludzi. Krążyły nad głowami powodzian i przerwanym wałem cały dzień.
W Gąbinie obradował sztab kryzysowy, w którym uczestniczył wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski. - Woda idzie w kierunku miejscowości: Wiączemin Nowy, Wiączemin Polski, Sady, Nowosiadło - informował około południa Krzysztof Dylicki z gminnego zespołu zarządzania kryzysowego w Słubicach. - Jeśli zapełni zbiornik retencyjny w Troszynie, może zacząć wylewać na kolejne miejscowości: część Juliszewa, Zyck Polski, Zyck Nowy, Piotrkówek. Na terenie gminy Słubice zagrożonych jest ponad 1,5 tys. osób.
Dylicki tłumaczył, że ludzie, którzy chcą się wydostać z zalanych domów, mają wywiesić białą chustę, szmatkę czy jakikolwiek kawałek materiału. Śmigłowiec będzie wtedy wiedzieć, gdzie ma podlecieć. Powodzian przewoziły też w bezpieczne miejsca podstawione autobusy. - Wysoka fala utrzyma się przez dwa dni, a później zacznie opadać - stwierdził Dylicki.
Płynąca woda nie zatrzymała się jednak na jednej gminie. Stanisław Guziak, sekretarz gminy Gąbin, podkreślał przed godz. 14, że rwąca Wisła na pewno dopłynie do Wymyśla Nowego, Troszyna Nowego i Polskiego, części Borek, Dobrzykowa i Jordanowa. Na tych terenach mieszka około 1,3 osób.
Zbiornik retencyjny w Troszynie zaczął pękać i rozlewać się wczoraj po godz. 16.
W tym czasie woda była już jakiś kilometr od Juliszewa. Strażacy z Niepokalanowa nerwowo przeganiali ostatnich gapiów, nie przebierając w słowach. Dalej mogły docierać tylko wozy strażackie i dwie amfibie: jedna przyjechała z Kazunia, druga ze Stargardu Szczecińskiego. Zdążyły przetransportować kilkadziesiąt zwierząt: prosięta, maciory, krowy, mieli ruszać po byki.
Płocka policja wystosowała wtedy dramatyczny apel do wszystkich mieszkańców gmin Słubice i Gąbin - trzeba uciekać! Rzecznik płockiej policji Piotr Jeleniewicz tłumaczył, że z pewnością woda zaleje miejscowości między Świniarami a Dobrzykowem. Woda ma podejść nawet pod dachy domów. Ostatecznie zarządzono ewakuację Dobrzykowa.
Miejscowość opustoszała, przy głównej drodze wyrosły kopy piachu i pierwsze rzędy ułożonych worków, gdzieniegdzie ktoś kręcił się po ulicy, ktoś wyciągał kosiarkę na strych budynku gospodarczego, a grupa gapiów zgromadziła się na wałach. W otwartym jeszcze sklepiku spożywczym nie było już wody mineralnej, została tylko ta w małych butelkach.
Źródło: Gazeta Wyborcza Płock