Kolejny egzamin powodziowy został we Wrocławiu oblany. I to wcale nie dlatego, że woda ostatecznie wdarła się na Kozanów, bo trudno kogokolwiek winić za to, że potężny żywioł wygrał z workami z piaskiem. Trudno jednak zrozumieć to, że w momencie, gdy się wdzierała, właściwie nikt na miejscu akcją nie dowodził. Ludzie byli sami. Kilku strażaków i tłumy chętnych do walki na wałach byli zdezorientowani. Czekali na to, aż ktoś nimi pokieruje. Gdy w końcu wojsko, które na miejsce przyjechało już gdy woda płynęła (jak zapewniał dowódca nie ze swojej winy), wzięło sprawy w swoje ręce, było po wszystkim. A akcja ratunkowa właściwie dotyczyła już tylko tego, by woda nie zajęła większych połaci Kozanowa.
Trudno się dziwić wściekłości ludzi, gdy w końcu na miejscu zjawił się ktoś z miasta, a później sam prezydent Dutkiewicz. Poczucie pozostawienia ich na łasce losu było powszechne. Dlatego wyładowali złość na rządzących. Tym bardziej to uzasadnione, że przez kilka dni zapewniano ich, że wszystko jest pod kontrolą.
I to właśnie jest najbardziej niezrozumiałe. Od środy, gdy woda Wisły szalała w Krakowie, inne rzeki zalewały wioski i miasta na Podkarpaciu, a fala na Odrze zbliżała się do Opola, we Wrocławiu słyszeliśmy, że u nas woda na pewno nie opuści swojego koryta. Byłem mocno zdziwiony, gdy w piątek prezydent Dutkiewicz odwiedził Kozanów i informował mieszkańców, że to nie jest miejsce najbardziej zagrożone w mieście. - Ustawiamy zapory tylko na wszelki wypadek - zapewniał.
Na jakiej podstawie tak twierdził? Jeśli na podstawie danych od hydrologów, to jak widać nie można na nich polegać. Wszyscy podkreślają teraz, że sytuacji na Kozanowie nie można było przewidzieć. To po co karmić ludzi fałszywymi nadziejami. Hydrolodzy (a może i sam prezydent) powinni wyjaśnić, dlaczego byli tak spokojni o Kozanów. Nie wytłumaczono tego.
Doskonale pamiętam powódź sprzed 13 lat. Z perspektywy mieszkańca, który brał udział w tamtych wydarzeniach, rzecz wyglądała tak: powódź zaczęła się właśnie na Kozanowie, dlaczego więc to miejsce miałoby być dziś bezpieczniejsze niż wtedy? Przecież nie zbudowano tam żadnych nowych umocnień, jedynie naprawiano wały i nie wiedzieć dlaczego postawiono bloki mieszkalne. Wtedy i teraz tłumaczono, że Odra wygląda tam inaczej, bo ma jakby "pod górkę", no i wpływa tu do niej Ślęza. Prawdopodobieństwo cofki i wylania jest więc duże. Czy coś się od tamtej pory zmieniło? Nic.
W końcu trzeba zadać pytanie o cały Wrocław. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego z takim przekonaniem opowiadano, że Odra na pewno pozostanie w korycie? Przecież od dwóch lat piszemy w "Gazecie", że po 1997 roku dla zabezpieczenia przeciwpowodziowego nie zrobiono zbyt wiele. Modernizacja Wrocławskiego Węzła Wodnego i zbiornik Racibórz są wciąż tylko na papierze. A jedyne co się rzeczywiście się zmieniło, to system monitorowania rzek. Ale posiadanie precyzyjnych informacji o tym, jak się zmienia ich stan, jeszcze nikogo przed powodzią nie uchroniło.
Jeśli o tym, że w hydrologicznej infrastrukturze od 1997 roku wiele się nie zmieniło wiedzą dziennikarze, to wiedzą o tym również sztabowcy. Na jakiej więc podstawie twierdzą, że jest bezpieczniej i Odra pozostanie w korycie?
To naiwny urzędowy optymizm czy wyrafinowana gra z mieszkańcami z przekonaniem, że jakoś się uda?
Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław