http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Woda opada, rośnie strach. I zaczyna okropnie cuchnąć

Małgorzata Goślińska, Ewa Furtak, Marcin Hetnał
2010-05-21, ostatnia aktualizacja 2010-05-22 15:38

Ludzie z ulicy Jagiełły w Bieruniu nocą popłynęli do domu, otworzyli okna, weszli na strych i sami pilnowali obejść. O swoje domy, nadal zalane, obawiają się także mieszkańcy Czechowic i okolicznych miejscowości.

Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Fot. Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja
Kaniów. Ulica Rybacka to teren najbardziej dotknięty powodzią
Wody w Bijasowicach od wtorku ubyło o metr dwadzieścia i zaczęło potwornie cuchnąć. - Woda przyniosła padlinę, obornik, ścieki, oleje. Wszystko - mówi Grzegorz Losoń.

Mieszka na ulicy Jagiełły. Mieszkał, do wtorku. Obok domu rodziców stawiał swój, na Boże Narodzenie miał się wprowadzać. Miał tam sprzętu i materiałów budowlanych za jakieś 30 tys. zł We wtorek rano budynek zajęła woda, która przyszła z Gostynki przez Kopań. Ten mały dopływ Wisły dzień wcześniej przerwał wały i zamienił czwartą część miasta w jezioro.

Bijasowice to rolnicza dzielnica Bierunia, dawna wioska. Ludzie najpierw myśleli tu o zwierzętach. Pędzili w górę konie, krowy, świnie, albo tylko otwierali im zagrody, spuszczali psy i wierzyli, że koty i gołębie sobie poradzą. Kto zdążył, ratował pralki, lodówki, telewizory, komputery, wnosząc na wyższe kondygnacje, pieców nie dało się wynieść. Na godzinę przed falą.

Przez Bijasowice woda całkiem nie przeszła - przez okolice Jagiełły, która biegnie środkiem niecki, obniżonej eksploatacją górniczą. Zatrzymała się tutaj i gdy stała niewzruszenie do środy, pojawiła się myśl, że wszystko poginie. Ten strach przed grabieżą wziął się z rozpamiętywania powodzi sprzed 13 lat, kiedy w zalanych Czarnuchowicach buszowali szabrownicy, bezczelnie na motorówkach.

Nocą pilnują domów

Jeżeli w 1997 roku zalało tylko Czarnuchowice, to nie mogło być w tym roku inaczej. Jeżeli wylała Wisła, tylko ona się wydawała straszna. Dlatego ludzie z Bijasowic myśleli, że nie muszą się bać Dlatego wszystkie siły ratownicze we wtorek, gdy zalało już nie tylko Kopań i Bijasowice, ale i Nowy Bieruń, i Zabrzeg, zostały rzucone do obrony Czarnuchowic, ostatecznie ledwo podtopionych. Stąd dla dzielnic tych już pod wodą zabrakło pomocy.

- Przejęliśmy inicjatywę - mówi Losoń o sobie i sąsiadach. Jego łódź trudno nawet nazwać łódką. Ot, czółno, spawane z blach przez wuja Losonia, wędkarza. Wsiadając trzeba równomiernie rozłożyć ciężar, a potem wiosłowanie i nie należy zapuszczać się dalej niż na cztery metry głębokości. Tymczasem Jagiełły schodzi niżej, gdzie rozlewisko wytwarza zgubne prądy. Policjanci i strażacy w ogóle zabraniają samodzielnie wypływać. - To dajcie nam kapoki - odciął się Losoń. Nie mieli, gdzieś załatwił dwa.

Minionej nocy znów popłynęli na Jagiełły we czterech. Weszli na strych i świecili latarkami po okolicy, pilnując swojego. Losoń otworzył okna parteru starego domu i wtedy pojawił się ten smród.

Podobno pod kościołem już kogoś okradli. Woda spada i coraz gorsze myśli kłębią się w ludzkich głowach. Nie jeden Losoń się budował, nie tylko on nie był ubezpieczony. Śmierdzi coraz bardziej.

Z czwartku na piątek Losoń spał w samochodzie, parkując tam, gdzie zatrzymała go woda. Będzie podjeżdżał bliżej. Cóż z tego, przecież jeszcze długo nie będzie lepiej.

Wylewały nawet stawy

Bożena Kędzior z Kaniowa od poniedziałku też mieszka w miejscowej szkole. Uciekła z zalewanego domu z córeczką Moniką i dwoma psami. To malutki jednopokojowy domek, ale pani Bożena nigdy nie zamieniłaby go na mieszkanie w bloku. - Jak zaczęło nas zalewać, to co się dało, powynosiliśmy. Mieliśmy na szczęście trochę czasu na ewakuację. Nie wszystko udało nam się uratować. W domu zostały meble, jeszcze nie spłacone, bo wzięte na raty - martwi się Kędzior.

Pytamy ją, jaka pomoc jest jej najbardziej potrzebna. - Ktoś nam będzie musiał pomóc osuszyć te domy. Inaczej nie będziemy mieli do czego wracać, będą się nadawały tylko do rozbiórki - mówi.

Z Kaniowa trzeba było ewakuować prawie sto osób. Niektórzy już wrócili do swoich domów. Dla pani Bożeny urzędnicy znaleźli na razie zastępczy lokal. W piątek do swojego domu wróciła Małgorzata Strządała. Przez kilka ostatnich dni mieszkała u rodziny. W środku w mieszkaniu jest sucho, ale wkoło pływa mętne, śmierdzące, głębokie na metr jezioro. - Zalało mnie już po raz trzeci. Najchętniej bym się stąd po prostu wyprowadziła - mówi. - Tym razem zalały mnie stawy rybne - dodaje.

W Kaniowie może minąć wiele dni, nim woda opadnie. W niektórych miejscach woda ma nawet kilka metrów głębokości. Podobnie jest w sąsiednich Dankowicach. Tam niektóre domy były zalane po sam dach. W nocy z niedzieli na poniedziałek wylała tutaj Wisła, która przerwała wał. Ludzi obudziły krzyki strażaków: "uciekajcie, natychmiast!". Nie było czasu na to, żeby cokolwiek ratować. Uciekali tak jak stali.



Zbigniewa Giełdonia spotkaliśmy w piątek, jak brnąc po pas w wodzie wynosił zniszczone rzeczy z piwnicy i garażu. - Nawet nie czekam, aż ktoś przyjedzie oszacować straty. Tam stoi podstawiony kontener, zacznę to wyrzucać - pokazuje.

Opowiada, że nim przyszła wielka woda, jego sąsiad zaczął wywozić świnie. - Pomogłem mu, udało się je wszystkie uratować. Ale kury potopiły się wszystkie, nie było czasu, żeby je ratować - mówi.

Tutaj nadal wszędzie jest pełno wody. Powstało jedno wielkie rozlewisko. - Co chwilę natykamy się na ciała potopionych zwierząt - mówią mieszkańcy.

Wiesław Ligęza, któremu udało się w piątek dopłynąć do swojego zalanego domu, mówi, że utopiły mu się wszystkie zwierzęta: kury, gęsi, kaczki. Nie ma na razie nawet jak tego uprzątnąć. - Uratował się z tego kataklizmu tylko kot. Taki malutki - opowiada.

Zeszła woda, ale osuwa się ziemia

W piątek wydawało się, że Żywiecczyzna już dotknięta przez powódź, najgorsze chwile ma za sobą. Niestety, pojawiają się kolejne problemy. Rozmokła ziemia na zboczu góry Żar zaczęła osuwać się w piątek przed południem. To obszar częściowo leśny, na którym stoi około 150 domów, większość letniskowych. Na osiedlu na stałe zamieszkanych jest tylko dziesięć domów, w pięćdziesięciu w piątek przebywali ludzie. W sumie straż pożarna ewakuowała 22 osoby z zagrożonego obszaru. Reszta wyjechała sama widząc, co się dzieje.

- Miejmy nadzieję, że nie będzie już padać, bo wtedy sytuacja się tylko pogorszy - mówi Paweł Roczyna, oficer prasowy żywieckiej policji.

Okolica jest zamknięta, policjanci apelują, by nikt nie zbliżał się do zagrożonego rejonu. Droga prowadząca z zapory do przysiółka Łaski została zamknięta.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice
  • 21 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':