Wody w Bijasowicach od wtorku ubyło o metr dwadzieścia i zaczęło potwornie cuchnąć. - Woda przyniosła padlinę, obornik, ścieki, oleje. Wszystko - mówi Grzegorz Losoń.
Mieszka na ulicy Jagiełły. Mieszkał, do wtorku. Obok domu rodziców stawiał swój, na Boże Narodzenie miał się wprowadzać. Miał tam sprzętu i materiałów budowlanych za jakieś 30 tys. zł We wtorek rano budynek zajęła woda, która przyszła z Gostynki przez Kopań. Ten mały dopływ Wisły dzień wcześniej przerwał wały i zamienił czwartą część miasta w jezioro.
Bijasowice to rolnicza dzielnica Bierunia, dawna wioska. Ludzie najpierw myśleli tu o zwierzętach. Pędzili w górę konie, krowy, świnie, albo tylko otwierali im zagrody, spuszczali psy i wierzyli, że koty i gołębie sobie poradzą. Kto zdążył, ratował pralki, lodówki, telewizory, komputery, wnosząc na wyższe kondygnacje, pieców nie dało się wynieść. Na godzinę przed falą.
Przez Bijasowice woda całkiem nie przeszła - przez okolice Jagiełły, która biegnie środkiem niecki, obniżonej eksploatacją górniczą. Zatrzymała się tutaj i gdy stała niewzruszenie do środy, pojawiła się myśl, że wszystko poginie. Ten strach przed grabieżą wziął się z rozpamiętywania powodzi sprzed 13 lat, kiedy w zalanych Czarnuchowicach buszowali szabrownicy, bezczelnie na motorówkach.
Nocą pilnują domów Jeżeli w 1997 roku zalało tylko Czarnuchowice, to nie mogło być w tym roku inaczej. Jeżeli wylała Wisła, tylko ona się wydawała straszna. Dlatego ludzie z Bijasowic myśleli, że nie muszą się bać Dlatego wszystkie siły ratownicze we wtorek, gdy zalało już nie tylko Kopań i Bijasowice, ale i Nowy Bieruń, i Zabrzeg, zostały rzucone do obrony Czarnuchowic, ostatecznie ledwo podtopionych. Stąd dla dzielnic tych już pod wodą zabrakło pomocy.
- Przejęliśmy inicjatywę - mówi Losoń o sobie i sąsiadach. Jego łódź trudno nawet nazwać łódką. Ot, czółno, spawane z blach przez wuja Losonia, wędkarza. Wsiadając trzeba równomiernie rozłożyć ciężar, a potem wiosłowanie i nie należy zapuszczać się dalej niż na cztery metry głębokości. Tymczasem Jagiełły schodzi niżej, gdzie rozlewisko wytwarza zgubne prądy. Policjanci i strażacy w ogóle zabraniają samodzielnie wypływać. - To dajcie nam kapoki - odciął się Losoń. Nie mieli, gdzieś załatwił dwa.
Minionej nocy znów popłynęli na Jagiełły we czterech. Weszli na strych i świecili latarkami po okolicy, pilnując swojego. Losoń otworzył okna parteru starego domu i wtedy pojawił się ten smród.
Podobno pod kościołem już kogoś okradli. Woda spada i coraz gorsze myśli kłębią się w ludzkich głowach. Nie jeden Losoń się budował, nie tylko on nie był ubezpieczony. Śmierdzi coraz bardziej.
Z czwartku na piątek Losoń spał w samochodzie, parkując tam, gdzie zatrzymała go woda. Będzie podjeżdżał bliżej. Cóż z tego, przecież jeszcze długo nie będzie lepiej.
Wylewały nawet stawy Bożena Kędzior z Kaniowa od poniedziałku też mieszka w miejscowej szkole. Uciekła z zalewanego domu z córeczką Moniką i dwoma psami. To malutki jednopokojowy domek, ale pani Bożena nigdy nie zamieniłaby go na mieszkanie w bloku. - Jak zaczęło nas zalewać, to co się dało, powynosiliśmy. Mieliśmy na szczęście trochę czasu na ewakuację. Nie wszystko udało nam się uratować. W domu zostały meble, jeszcze nie spłacone, bo wzięte na raty - martwi się Kędzior.
Pytamy ją, jaka pomoc jest jej najbardziej potrzebna. - Ktoś nam będzie musiał pomóc osuszyć te
domy. Inaczej nie będziemy mieli do czego wracać, będą się nadawały tylko do rozbiórki - mówi.
Z Kaniowa trzeba było ewakuować prawie sto osób. Niektórzy już wrócili do swoich domów. Dla pani Bożeny urzędnicy znaleźli na razie zastępczy lokal. W piątek do swojego domu wróciła Małgorzata Strządała. Przez kilka ostatnich dni mieszkała u rodziny. W środku w mieszkaniu jest sucho, ale wkoło pływa mętne, śmierdzące, głębokie na metr jezioro. - Zalało mnie już po raz trzeci. Najchętniej bym się stąd po prostu wyprowadziła - mówi. - Tym razem zalały mnie stawy rybne - dodaje.
W Kaniowie może minąć wiele dni, nim woda opadnie. W niektórych miejscach woda ma nawet kilka metrów głębokości. Podobnie jest w sąsiednich Dankowicach. Tam niektóre domy były zalane po sam dach. W nocy z niedzieli na poniedziałek wylała tutaj Wisła, która przerwała wał. Ludzi obudziły krzyki strażaków: "uciekajcie, natychmiast!". Nie było czasu na to, żeby cokolwiek ratować. Uciekali tak jak stali.
Zbigniewa Giełdonia spotkaliśmy w piątek, jak brnąc po pas w wodzie wynosił zniszczone rzeczy z piwnicy i garażu. - Nawet nie czekam, aż ktoś przyjedzie oszacować straty. Tam stoi podstawiony kontener, zacznę to wyrzucać - pokazuje.
Opowiada, że nim przyszła wielka woda, jego sąsiad zaczął wywozić świnie. - Pomogłem mu, udało się je wszystkie uratować. Ale kury potopiły się wszystkie, nie było czasu, żeby je ratować - mówi.
Tutaj nadal wszędzie jest pełno wody. Powstało jedno wielkie rozlewisko. - Co chwilę natykamy się na ciała potopionych zwierząt - mówią mieszkańcy.
Wiesław Ligęza, któremu udało się w piątek dopłynąć do swojego zalanego domu, mówi, że utopiły mu się wszystkie zwierzęta: kury, gęsi, kaczki. Nie ma na razie nawet jak tego uprzątnąć. - Uratował się z tego kataklizmu tylko kot. Taki malutki - opowiada.
Zeszła woda, ale osuwa się ziemia W piątek wydawało się, że Żywiecczyzna już dotknięta przez powódź, najgorsze chwile ma za sobą. Niestety, pojawiają się kolejne problemy. Rozmokła ziemia na zboczu góry Żar zaczęła osuwać się w piątek przed południem. To obszar częściowo leśny, na którym stoi około 150 domów, większość letniskowych. Na osiedlu na stałe zamieszkanych jest tylko dziesięć domów, w pięćdziesięciu w piątek przebywali ludzie. W sumie straż pożarna ewakuowała 22 osoby z zagrożonego obszaru. Reszta wyjechała sama widząc, co się dzieje.
- Miejmy nadzieję, że nie będzie już padać, bo wtedy sytuacja się tylko pogorszy - mówi Paweł Roczyna, oficer prasowy żywieckiej policji.
Okolica jest zamknięta, policjanci apelują, by nikt nie zbliżał się do zagrożonego rejonu. Droga prowadząca z zapory do przysiółka Łaski została zamknięta.