Najbardziej tęsknię za Spitzbergenem, lodową krainą, piękną w sposób niebanalny, chłodną i ascetyczną. Człowiek wygląda tam jak kolorowa farbka rozlana na białej kartce. Kiedy patrzyłem na brązowe góry i błękitne morenowe lodowce, czułem się taki malutki...
Niezapomniany towarzysz podróży... to bez wątpienia polarnik Marek Kamiński. Poznałem go w 2004 r., po tym gdy poraził mnie prąd, straciłem nogę i rękę. Byłem w kiepskim stanie i rodzice wpadli na pomysł, żeby zaprosić go na krótką rozmowę ze mną. Ale akurat był w trasie, jak to Marek. W ten sposób dowiedział się o mnie i zaczął myśleć, jak mi pomóc. Miał różne pomysły, np. żeby zabrać mnie na spływ kajakowy. W końcu zaproponował, żebyśmy ruszyli na biegun. Ludzie wątpili w powodzenie wyprawy, ale chcieliśmy pokazać, że nie ma barier nie do pokonania, i że niepełnosprawni też potrafią. Marek nie tylko dawał praktyczne wskazówki, jak pokonywać kolejne etapy podróży, ale przede wszystkim nauczył mnie, jak wyznaczać sobie cele i sięgać po marzenia. Pokazał, że życie to droga i że nie wolno się zatrzymywać, bo jak mawiał Stachura: "Od stania w miejscu niejeden już zginął".
Niezwykłych towarzyszy podróży poznałem też podczas zeszłorocznej wyprawy na Kilimandżaro, m.in. niewidomego Łukasza Żelechowskiego i Piotra Pogona, chłopaka po resekcji płuca. Było dziewięć osób niepełnosprawnych i dziewięć różnych szczytów do zdobycia. Nie wszystkim udało się wejść na górę, ale najważniejsze było to, że odważyliśmy się spróbować. Mogłem zobaczyć, jak góry postrzega osoba niewidoma lub jeżdżąca na wózku.
Niezapomnianą przygodę przeżyliśmy... na Arktyce. Biegun północny to nie kontynent, ale zamarznięte morze. Lód, po którym szliśmy, miał ok. 1,5 m grubości, czasem pękał i zaczynał dryfować w postaci ogromnej lodowej kry. Właśnie na taką trafiliśmy. Takie kry robią ok. 12 km dziennie. Przez dwa dni staliśmy praktycznie w miejscu: wydawało nam się, że poruszamy się do przodu, a tymczasem
GPS wskazywał, że zniosło nas na południe, że się cofamy. Zostały tylko dwa dni, a do pokonania aż 22 km, kończyła się żywność. W końcu jednak warunki pogodowe się zmieniły i doszliśmy do celu.
Nigdy więcej nie wezmę do ust... pieczonych nóżek tarantuli (po przełamaniu wypływał z nich śluz). Próbowałem ich w Nowym Jorku na spotkaniu w The Explorer Club, gdzie pojechałem z Markiem Kamińskim. Potem w Stanach Zjednoczonych byłem jeszcze kilka razy: w Detroit, Chicago, Bostonie, Filadelfii.
W Stanach drażni mnie nieautentyczność ludzi. Wszyscy witają cię przyjaznym: "How are you?". Jednak nie jest to pytanie o to, jak naprawdę się czujesz, tylko raczej zdawkowe "cześć" - nikt nie oczekuje odpowiedzi, i idzie dalej. Ale jednocześnie Amerykanie są bardziej tolerancyjni, więc osobom niepełnosprawnym żyje się łatwiej.
Chciałbym zobaczyć... zorzę polarną. I Amerykę Południową: przejechać ją wzdłuż i wszerz autostopem albo na motocyklu, jak Che Guevara. Marzy mi się też wyprawa konno przez pustkowia Mongolii, właśnie uczę się jeździć konno. To kraj równie ascetyczny jak Arktyka, życie jest w nim trudne, ale przez to wydaje mi się, że bogatsze duchowo.
Im więcej podróżuję, tym świat wydaje mi się większy, i to jest super. Nigdy nie zabraknie rzeczy do zobaczenia. Ale tak naprawdę nie miejsca się liczą, tylko ludzie, którzy w nich żyją.
W podróży... spędzam czasem nawet połowę tygodnia, odwiedzając podopiecznych naszej fundacji Poza Horyzonty. Właśnie wracam z Kutna, gdzie odwiedziliśmy chłopaka, który uczy się chodzić na protezie. 1 listopada brałem udział w nowojorskim maratonie razem z niewidomym kolegą.
Miałem dużo szczęścia, spotykając na swojej drodze Marka Kamińskiego. Teraz sam chciałbym pomagać innym, nieść im wsparcie. Gdy po skończonej rozmowie widzę uśmiech w oczach chorej osoby, to jest najlepsza zapłata.
W Polsce lubię... Żyłem w wielu miastach: urodziłem się w Gdańsku, wychowywałem w Gdyni, do szkoły chodziłem w Malborku, pierwsze
studia - reżyserię - zacząłem w Łodzi, drugie - psychologię - w Sopocie. Teraz siedzę w Krakowie. Lubię każde z tych miejsc. Gdynię za morze. Łódź, bo ma taki "postapokaliptyczny" klimat. Interesuję się fotografią, a fabryki i postindustrialne budynki to świetny temat do fotografowania. W końcu Kraków - otwarte, duże miasto, ale z cechami prowincji. Nigdzie nie ma takich ulicznych grajków jak tu. Czasem siadam obok nich na krawężniku, wyluzowuję się i przeglądam repertuar. Prawie każdy umie zagrać mojego ulubionego "Zegarmistrza światła". Kraków cenię też za giełdy staroci, bo kocham starocie i je zbieram. Mam np. kilka przedwojennych projektorów - jeden francuski, na korbkę, pochodzi z 1924 r., wierzę, że uda mi się go w końcu odpalić. A wtedy fajnie byłoby otworzyć własne kino w stylu retro, z małym ekranem. Kręciłbym filmy z podróży i robił pokazy.
* Jan Mela jest założycielem fundacji Poza Horyzonty i współautorem programu podróżniczego w Radiu Kraków "Między biegunami"