Wielokrotnie robiłem tam wywiady, więc różne części Paryża kojarzą mi się z konkretnymi ludźmi, np. Odeon z Charles'em Dumont (kompozytor piosenek
Edith Piaf, m.in. "Non, je ne regrette rien"), z którym rozmawiałem w jego mieszkaniu. Kawiarnia Sarah Bernhard przy Chatelet w Theatre de la Ville prezentującym spektakle z całego świata, muzykę alternatywną i etniczną kojarzy mi się z największymi sukcesami Anny Prucnal. Przy ul. La Rotonde w okolicach Montparnasse'u mieszka dziś Anna Bojarska, której książki bardzo cenię, więc lubię tam chodzić, myśląc, które z nich były inspirowane tą okolicą.
W podróżach szukam kontekstów kulturowych. Ostatnio odkryłem Rue de Mouffetard, jedną z najstarszych ulic, przy której stoją kamienice ozdobione pięknymi freskami. Wzdłuż ulicy ciągnie się targ kwiatów, serów, wina. Lubił ją Krzysztof Kieślowski, co widać w "Czerwonym".
Niebo w gębie poczułem w... knajpce Refuge des Fondues przy 17 Rue Trois Freres na Montmartrze. Trudno tam o miejsce, więc żeby wejść, dołączyłem do grupy Amerykanów. Po obu stronach sali stoją długie ławy. Osoby szczupłe i młode siadają pod ścianą, przechodząc po stole na drugą stronę ławy. Osoby starsze i otyłe sadza się od pomieszczenia - niestety, znalazłem się w tej drugiej grupie, co było jedyną wpadką tego wieczoru. Jest ciasno, bardzo trudno się poruszać, ale to integruje i wszyscy natychmiast zaczynają ze sobą rozmawiać.
Szef restauracji, starszy pan, jest typowym paryskim właścicielem: niezbyt miły, krzyczy, jest niezadowolony, że się nie zjadło. Trzeba się podporządkować. Każdy przymusowo dostaje
wino w butelce dla dziecka ze smoczkiem. Na początku ten smoczek wydał mi się wiele razy używany, ale przy drugiej butelce było mi wszystko jedno.
Zawsze nocuję... Mam wypróbowaną sieć hoteli Ibis. Jeden z nich, przy Rue Clichy jest nietypowo położony: tuż przy wiadukcie, na granicy z cmentarzem Montmartre. Jest tam m.in. grób Dalidy, przy którym stoi figura piosenkarki, naturalnej wielkości, odlana ze złota.
Zawsze zabieram ze sobą... "bibliotekę narodową", czyli więcej książek niż innych rzeczy. Wychodzę z założenia, że jeśli będzie źle, to będę siedział z nosem w książkach. Zabieram także zeszyt - lubię zapisywać fragmenty dialogów, informacje o ludziach, których spotkałem. Pakuję również aparat fotograficzny. Ostatnio zrobiłem zdjęcie staruszce przechodzącej z wózkiem, która jakby wyszła z filmów Kieślowskiego.
Nigdy więcej nie powrócę do... Egiptu. Nie rozumiem tego miejsca, zobaczyłem je jako państwo
policyjne. Przed każdym hotelem stoi jeden lub dwóch żołnierzy z karabinem. Kupiłem wycieczkę do Doliny Królów: była konwojowana, na trasie można było się zatrzymać w dwóch miejscach, na skrzyżowaniach stali cywile z karabinami. Nie wiem, czy to dla ochrony, czy żeby nikt nie mógł skręcić w miejsce, którego nie powinien zobaczyć. Nie lubię jeździć na wakacje tam, gdzie cały czas mam przed oczami człowieka z karabinem - nie wiem, co się może wydarzyć.
Niezapomniane wakacje... spędziłem w Bangkoku. Pojechałem służbowo na konferencję AIDS i znalazłem się w towarzystwie reprezentantów wszystkich krajów i środowisk, był m.in. Nelson Mandela i Richard Gere. Mieszkaliśmy w bardzo eleganckim hotelu graniczącym ze slumsem. Obok stały
domy z blachy, na ulicy ludzie gotowali w garnkach kurze głowy.
Pewnego wieczoru zszedłem z koleżanką do hotelowej restauracji. Amerykańska wokalistka śpiewała
jazz, było miło. Nagle podchodzi do nas tajska kelnerka, klęka i mówi: - Bardzo proszę, żeby państwo zeszli ze mną na dół, nikt nie może zostać w restauracji, ponieważ za chwilę przyjedzie moja królowa i musimy ją przywitać. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Ubrani w spodenki i koszulki bahama, nieodpowiednie do witania jakiejkolwiek królowej, zeszliśmy na dół. Rozłożono czerwony dywan, wysiedli żołnierze, a później w błękitach - królowa. Było to zaskakujące i egzotyczne.
Po paru godzinach postanowiliśmy pójść na basen. Był zamknięty, ale ja na każdych wakacjach włamuję się nocą do pustych basenów. Przechodziło się do niego przez restaurację. Z ręcznikami, w strojach do kąpieli, skłoniliśmy się królowej, przemknęliśmy na basen, położyliśmy na leżakach, i nagle koleżanka mówi: - Nie wydaje ci się, że kobieta naprzeciwko jest podobna do Whitney Houston? Mówię: - Ale to jest Whitney Houston! W Bangkoku czuliśmy się jak na haju.
Wymarzony cel podróży... Afryka, a to za sprawą "Hebanu" Ryszarda Kapuścińskiego i "Pożegnania z Afryką" Karen Blixen. Chciałbym zobaczyć miejsce, o którym Blixen myślała, pisząc pierwsze zdanie swojej autobiograficznej powieści: "Miałam kiedyś farmę w Afryce u stóp gór Ngong".
W Polsce lubię... Gdańsk, pochodzę z Wybrzeża. Spaceruję Długą nad Motławę, tam zachodzę na dobrą kawę, zaglądam do antykwariatów. Czasami chodzę po Gdańsku ulicami bohaterów literackich, np. Hanemana Stefana Chwina.
Wkrótce będę w drodze na... Kretę. Bardzo lubię jej klimat - jest gorąco, ale też wietrznie, jest morze, ale i góry. Lubię tamtejsze miasta z tradycjami i życzliwych ludzi. Podają przepyszne jedzenie, np. małże z grilla w sosie z białego wina. To będzie krótki wyjazd, bo tylko na takie jeżdżę. Nigdy nie przekroczyłem magicznej cyfry trzech tygodni - podobno jak przez dwa tygodnie poleży się na plaży, to w trzecim zaczyna się odpoczywać. A ja na wszystkich wyjazdach trzeciego dnia zaczynam odliczać czas do powrotu. Kompletnie nie umiem nie pracować.
* Remigiusz Grzela, ur. 1977, autor książek, m.in. "Bagaże Franza K., czyli podróż, której nigdy nie było", sztuk teatralnych, m.in. "Oczy Brigitte Bardot", scenariuszy spektakli, m.in. "Patty Diphusa" wg Pedra Almodovara. W listopadzie w wydawnictwie Prószyński i S-ka ukaże się "Hotel Europa. Rozmowy".