Jeździłem tam sam albo z grupą przyjaciół, przez wiele lat prowadziłem też obozy dla młodzieży z Klubu Inteligencji Katolickiej. Wtedy, w latach 60., Bieszczady miały w sobie coś z Dzikiego Zachodu. Już samo wejście na połoniny było wyczynem. Najchętniej zapuszczaliśmy się w tzw. worek, czyli sam czubek, choć nie było wolno. Prócz chatki leśników w Mucznem (dziś jest tam duży ośrodek wczasowy) nie było tam zupełnie nic. Tylko nieprzebyte bory bukowe i bezdroża. Jakież mieliśmy przygody! Co dzień odkrywaliśmy coś nowego i pięknego. Do dziś pamiętam olbrzymie połacie jagodowisk albo potężną burzę z piorunami, która złapała nas w środku nocy pod Chryszczatą.
Najlepsze wakacje spędziłem w... Parku Narodowym Sarek w północnej Szwecji. Pierwszy raz pojechaliśmy tam z żoną w sierpniu 1973 r. Sarek można obejść tzw. Drogą Królewską (Kungsleden), ale my byliśmy ambitni i postanowiliśmy przejść przez środek. To obszar całkowicie dziki, po którym chodzi się na własne ryzyko. Nie ma tam schronisk ani szlaków, tylko pasterskie chatki i ścieżki wydeptane przez renifery. Nie mieliśmy namiotów, jedynie dość nędzne śpiwory. No i potwornie ciężkie plecaki wypełnione konserwami. W tamtych czasach nie było lekkich rzeczy. Sam plecak (szyty na zamówienie przez rzemieślnika z Tarnowa) ważył chyba z dziesięć kilo - ale był nie do zdarcia. Przed wyruszeniem zważyliśmy go w schronisku na Kungsleden. Na wadze zabrakło skali (kończyła się na 50 kg). - Niedźwiedź! - skwitowali szwedzcy turyści. Przez tydzień przemierzaliśmy to dzikie, polodowcowe doliny, pocięte strumieniami i jeziorami rynnowymi (przekraczaliśmy je w bród), to wspaniałe polany pełne grzybów i dojrzałych borówek. Z czekanem (raków chyba nie miałem) wszedłem na Sarektjakka (2089 m n.p.m.). Spaliśmy pod gołym niebem albo w
katach - pasterskich chatkach zbudowanych z pni karłowatej brzozy i przykrytych rogami reniferów. Poroże leżało dosłownie wszędzie. Zbierałem je, przyczepiałem do plecaka i chodziłem w takiej koronie z rogów. Rogi uratowały mi potem skórę. Do Polski wiozłem bibułę ("Aneks", "Kultura", Brzeziński, Miłosz, Nowak-Jeziorański), którą dostałem od pana Żaby - rezydenta "Kultury" w Sztokholmie. Miałem tego cały plecak i okropnie się bałem, że złapią mnie na granicy. Kiedy jednak celnik zobaczył brodatego faceta z wielkim plecakiem i rogami, tylko machnął ręką. To była wielka wyprawa, wielka przygoda. I choć dostaliśmy porządnie w kość, tak nam posmakowała, że dwa lata później wróciliśmy do Sareku. Była to nasza ostatnia podróż za granicę, potem zabrali mi paszport. Odzyskałem go dopiero w 1989 r.
Ciekawe jest tam to, że... lipiec i sierpień to jedyne miesiące, kiedy rośliny i zwierzęta w pełni budzą się do życia. Przyroda dosłownie wybucha, wszystko gwałtownie mnoży się, rośnie i zielenieje. I te chmary owadów, które tną niemiłosiernie...
Niezapomniany dzień w podróży... To było gdzieś w samym środku Sareku. Zapadła noc, to znaczy słońce zeszło niżej, ale cały czas świeciło. Rozłożyliśmy śpiwory na skalnych tarasach i patrzyliśmy na rozległą dolinę oświetloną niesamowitym światłem. Było bardzo niewygodnie, ciągle zsuwaliśmy się ze skalnych płyt. Jednocześnie mieliśmy poczucie, że jesteśmy gdzieś poza światem.
Podróżuję z W czasach studenckich jeździłem z grupą przyjaciół żądnych ekstremalnych przeżyć, co wykluczało chodzenie szlakami. Potem z młodzieżą z KIK-u jako przewodnik. Dzisiaj z żoną, dziećmi i wnukami.
Mój ulubiony hotel... Nie mam, bo nie jestem hotelowy. W hotelach nocuję z rzadka, tylko kiedy muszę, np. za granicą. Natomiast bardzo lubię gospodarstwa agroturystyczne. Można w nich poczuć się jak w domu.
Niebo w gębie poczułem Miałem do czynienia z wieloma niebami. Zawodowo zajmuję się produktami regionalnymi, odwiedzam mnóstwo gospodarstw agroturystycznych, gdzie próbuję różnych pyszności: wędlin, nalewek, herbat, miodów, kiszonek [Henryk Wujec jest współzałożycielem Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego oraz przewodniczącym jej Rady]. Ostatnio odkrywam Podlasie. Niebo w gębie poczułem np. w Korycinie u państwa Nietupskich, którzy robią rewelacyjne sery.
W podróż zawsze zabieram Najważniejsze są dobre buty, dobra mapa i dobry kompas. Na piesze wędrówki zabieram też butanową kuchenkę i namiot. Koniecznie też apteczkę i tzw. reperaturkę, czyli zestaw do naprawiania (igły, klej, młotek, sznurek, parę gwoździ).
Wkrótce będę w drodze do Biłgoraja. Jadę na ślub bratanka. To moje rodzinne strony, urodziłem się we wsi Podlesie koło Biłgoraja, a do domu zawsze chętnie wracam.
Wymarzony cel podróży: Ukraina, przede wszystkim Karpaty Wschodnie, Huculszczyzna, Gorgany, które ocaliły i swoją dzikość, i folklor. Bardzo chciałbym wrócić do Dharamsali, siedziby Dalajlamy u podnóża Himalajów. Zachwyciła mnie uroda tego miejsca i jego mieszkańcy. Choć Tybetańczycy żyją raczej prosto i biednie, pod względem kulturowym i duchowym znacznie nas przerastają. Przebywanie z nimi to prawdziwa przyjemność. Otaczają człowieka aurą dobroci.