Kiedyś zapytałam dyrektora departamentu w pewnym ministerstwie, czy nie ma żalu o to, że nowa ekipa rządowa przesunęła go na inne, mniej eksponowane stanowisko. - Nie - brzmiała odpowiedź, którą byłam zaskoczona. - Każdy minister musi mieć w najbliższym otoczeniu ludzi, do których ma pełne zaufanie, zna ich możliwości i jest pewien dobrej współpracy. To warunek dobrej komunikacji między ministrem a podwładnym, a w konsekwencji dobrego funkcjonowania urzędu. Ten najbliższy urzędnik podsuwa szefowi masę dokumentów do podpisu. Nie wszystkie z nich minister jest w stanie ocenić, musi więc mieć człowieka sito, którego kompetencji jest pewien - wyjaśnił.
Uważam te wyjaśnienia urzędniczego praktyka za kluczowe. Jacek Michałowski wyznaczony do kierowania Kancelarią Prezydenta to urzędnik apolityczny, od ciężkiej roboty, a nie polityk, który załapał się na dobrą posadę. Nominacja generała Stanisława Kozieja na szefa BBN była ukłonem w stronę opozycji, bowiem Koziej był wiceministrem obrony narodowej w rządzie
PiS.
Obie te funkcje muszą być obsadzone, bo państwo musi funkcjonować. BBN odgrywa ważną rolę, bo prezydent jest jednocześnie zwierzchnikiem Sił Zbrojnych.
Nie są to stanowiska kadencyjne, nie są to nominacje, które stawiałyby przed faktem dokonanym nowego prezydenta wybranego w przyspieszonych wyborach. Obaj mogą zostać odwołani w każdej chwili.
Marszałek Komorowski powinien natomiast być powściągliwy, jeśli chodzi o inne decyzje, których konsekwencje byłyby długofalowe. Chodzi o podpisanie budzących spory ustaw lub wskazanie kandydata na prezesa
NBP. To prezydent proponuje kandydaturę szefa banku centralnego. A Sejm akceptuje. Na razie Komorowski uznał, że nie ma pilnej potrzeby, by powoływać na nową kadencję prezesa NBP. Rada Polityki Pieniężnej przyjęła bowiem, że jego dotychczasowy zastępca przejmuje pełne kompetencje także jako przewodniczący RPP. Ale na pewno ta sprawa będzie obiektem dyskusji prawników. Może ktoś będzie próbował podważyć decyzje Rady - ostrzegają sceptycy. I dlatego zalecają natychmiastowy wybór osoby, która pokieruje bankiem centralnym.
Nie sposób lekceważyć tych opinii. Komorowski znalazł się jednak między młotem a kowadłem. Jeśli zrezygnuje z wyznaczenia kandydata, może się narazić na zarzut, że nie zapobiegł paraliżowi ważnej instytucji. A dziś RPP i zarząd NBP muszą przygotować bilans banku centralnego, w którym ma być zapisany zysk NBP przekazywany do budżetu. W sprawie tego zysku toczył się ostry spór.
Jeśli więc Komorowski wskaże kandydata, może być podejrzewany o chęć zawłaszczenia dla PO nowego urzędu kadencyjnego i rozstrzygnięcia wspomnianego sporu na korzyść rządu PO-
PSL, który chce otrzymać z NBP jak najwyższą kwotę.
A decyzja o powołaniu szefa banku centralnego nie będzie mogła być zmieniona przez nowego prezydenta. Co więc robić?
Moim zdaniem marszałek powinien wybrać osobę akceptowaną przez najważniejsze siły w Sejmie: PO, PiS, PSL i
SLD. Jeśli nie zdoła przedstawić takiej kandydatury, powinien pozostawić tę decyzję wskazanemu przez wyborców następcy.
Podobną powściągliwość marszałek powinien wykazać przy podpisywaniu ustaw. Podejmować tylko te decyzje, które są wymuszone konstytucyjnymi terminami. Pozostałe muszą być odłożone do czasu wyboru prezydenta.
Ale to nie wszystko. Większości rządowa i nowy prezydent powinni przyjąć zasadę, że kandydaci na prezesa NBP, władz
IPN i rzecznika praw obywatelskich będą zaakceptowani także przez opozycję.