http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Amerykańska katastrofa prawie jak w Smoleńsku

Mariusz Zawadzki, Waszyngton
2010-10-08, ostatnia aktualizacja 2010-10-10 13:45

Amerykański helikopter przelatuje nad wrakiem samolotu USAF CT-43A. 4 kwietnia 1996 r.
Amerykański helikopter przelatuje nad wrakiem samolotu USAF CT-43A. 4 kwietnia 1996 r.
SSgt. Randy Yackiel, USA

Tamtego dnia niskie chmury zasłoniły lotnisko. Delegacja rządowa była spóźniona, więc piloci chcieli nadrobić czas. Próbowali lądować, choć nie było im wolno tego robić

ZOBACZ TAKŻE
SONDAŻ
Czy wierzysz, że okoliczności i przyczyny katastrofy w Smoleńsku zostaną wiarygodnie wyjaśnione?

tak
nie

W takich okolicznościach 3 kwietnia 1996 r. wojskowy Boeing 737 wiozący do Dubrownika rządowo-biznesową delegację na czele z Ronem Brownem, pierwszym ciemnoskórym sekretarzem ds. handlu w historii USA, roztrzaskał się o zbocze góry trzy kilometry od lotniska. Nikt nie przeżył, a piloci do ostatniej chwili nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia. W całej historii lotnictwa ta katastrofa najbardziej chyba przypomina polską tragedię pod Smoleńskiem.

Śledztwo w sprawie katastrofy prowadzili jednak nie gospodarze lotniska, czyli Chorwaci, ale siły powietrzne USA. - Poprosił nas o to sam rząd Chorwacji - mówi "Gazecie" Thomas E. Haueter, dyrektor Biura Bezpieczeństwa Lotnictwa w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa Transportu (NTSB), które bada wszystkie amerykańskie cywilne wypadki lotnicze. Choć rozbił się samolot wojskowy i dochodzenie prowadzili wojskowi, to rząd USA wysłał do Chorwacji Hauetera, uważanego za jednego z najlepszych śledczych w NTSB, żeby im pomógł.

Już dwa miesiące po wypadku dochodzenie było zakończone. - Jak na standardy lotnictwa cywilnego to niesłychanie szybko, ale w wojsku wszystko dzieje się prędzej - mówi Haueter. - Air Force daje sobie zwykle miesiąc na ustalenie przyczyn wypadku, więc i tak spóźniliśmy się wtedy o cały miesiąc.

Przebieg wydarzeń z 3 kwietnia zrelacjonował na konferencji prasowej 7 czerwca 1996 r. szef komisji śledczej gen. Charles Coolidge. 30-osobowa delegacja, w której byli także dziennikarze "New York Timesa", plus pięciu członków załogi, wystartowała z bośniackiej Tuzli o drugiej po południu. Do Dubrownika lot trwa tylko 45 minut, ale po drodze piloci pomylili korytarz powietrzny i mieli 15 minut opóźnienia. Wyglądało na to, że Brown spóźni się na obiad z chorwackim premierem.

W śledztwie pojawiło się zatem pytanie, czy sekretarz nie naciskał na pilotów, żeby się pospieszyli z lądowaniem. - Nic na to nie wskazuje, ale pewności nie ma, bo w samolocie nie było czarnych skrzynek rejestrujących parametry lotu ani mikrofonów w kabinie pilotów. Przepisy Air Force, w odróżnieniu od lotnictwa cywilnego, tego nie wymagały - wspomina Haueter. Historię lotu odtworzono na podstawie danych z samolotu AWACS, który śledził ruch lotniczy nad Bałkanami.

Zaraz po starcie z Tuzli piloci skontaktowali się z europejskim dowództwem Air Force w Ramstein, żeby zapytać, czy są dla nich jakieś dodatkowe rozkazy. To standardowa procedura. Powiedziano im, żeby kontynuowali misję, ale ostrzeżono ich, że nad lotniskiem w Dubrowniku pogoda się pogorszyła i jest mgła, niskie chmury i deszcz.

- Już w tym momencie popełniono pierwszy z serii błędów - mówi Haueter. Ramstein powinno poinformować pilotów, że jeśli warunki w Dubrowniku wymagają lądowania "na ślepo", tzn. przy użyciu przyrządów, to jest ono zakazane.

Dwa lata wcześniej naczelne dowództwo sił powietrznych w Waszyngtonie nakazało Air Force Europe przegląd procedur lądowania na niektórych słabo wyposażonych lotniskach we wschodniej Europie, do których w czasie zimnej wojny Amerykanie nie latali. Air Force Europe miało taką procedurę dla Dubrownika, ale nie zaakceptował jej formalnie Waszyngton. Tak samo było z wieloma innymi lotniskami. Dlatego w 1996 r. Air Force Europe ignorowało zakaz centrali i nagminnie zezwalała swoim pilotom na "ślepe" lądowania na takich lotniskach - według znanych, ale niesprawdzonych i niezatwierdzonych procedur.

Lotnisko w Dubrowniku, otoczone przez góry, nie miało nawet odpowiedniego radaru, na którym kontrolerzy mogliby obserwować samoloty. Składało się tylko z pasa startowego i dwóch radiolatarni, które dla lądujących samolotów były punktami orientacyjnymi (takie same były w Smoleńsku). Jeśli nad bliższą lotnisku radiolatarnią piloci nie widzieli pasa startowego, musieli odbić w górę.

Boeing 737 przeleciał nad pierwszą radiolatarnią z prędkością o 150 km/godz. większą, niż przewidywała procedura lądowania dla Dubrownika. - Cywilny pilot powinien w takim przypadku zrobić koło, żeby wytracić prędkość - opowiada Haueter.

Na domiar złego wojskowy boeing miał przestarzały radiokompas. - Nowoczesny radiokompas po minięciu pierwszej radiolatarni powinien sam wyszukać częstotliwość drugiej - wyjaśnia Haueter. - Tymczasem ich radiokompas był jak przedwojenne radio - mieli gałkę, którą musieli kręcić i szukać fali, na jakiej nadaje druga radiolatarnia.

Tamtego dnia piloci drugiej częstotliwości zapewne nie znaleźli, a szukając jej, tylko się rozpraszali. Nie wiedzieli zatem, że mijają drugą radiolatarnię i trzeba odbijać w górę. Co gorsza, z niewyjaśnionych przyczyn maszyna zeszła z kursu o kilka stopni.

System ostrzegania przed zbliżającą się ziemią boeing wprawdzie miał, ale był on przestarzały. Piloci nie mieli też GPS-a, który również mógłby ich uratować.

Amerykańscy śledczy uznali, że do wypadku doprowadziły głównie błędy dowództwa Air Force Europe, które zignorowało zakazy Waszyngtonu, seria pomyłek pilotów i błędy szkoleniowe - amerykańscy piloci wojskowi nie mieli dość doświadczenia w lądowaniach na słabo wyposażonych lotniskach, których w zachodniej Europie raczej już w połowie lat 90. się nie spotykało.

Komisja uznała, że samolot, choć bardzo skromnie wyposażony, był w pełni sprawny i bezpieczny. Jednakże po katastrofie Air Force postanowiło przeznaczyć 264 mln dol. na zainstalowanie we wszystkich swoich samolotach czarnych skrzynek i systemów GPS.

To wszystko nie zapobiegło powstawaniu różnych teorii spiskowych. Do dziś można znaleźć w internecie wiele wywodów o tym, jak to ktoś z rządu USA, być może sam prezydent Bill Clinton, postanowił zlikwidować Rona Browna, który w Partii Demokratycznej był jego konkurentem. Żeby usunąć ślady zbrodni, zlikwidowano rzekomo czarne skrzynki.

Ważną postacią w spisku miał być pracownik lotniska z Dubrownika, niejaki Niko Jerkuić. Miał on wyłączyć prawdziwą radiolatarnię i na zboczu Góry Świętego Jana uruchomić inną, przenośną, która poprowadziła boeing i jego pasażerów ku zgubie. Tajni amerykańscy agenci obiecali Jerkuiciowi wielkie pieniądze, ale trzy dni później, kiedy miał być przesłuchiwany przez śledczych Air Force, zapłacili mu zupełnie inaczej - kulką w łeb.

46-letni Jerkuić istniał naprawdę i naprawdę znaleziono go martwego trzy dni po katastrofie. Ustalono jednak, że przeżył zawód miłosny i popełnił samobójstwo. - Badaliśmy ten wątek, ale naprawdę nic nie wskazywało na przenośną radiolatarnię - mówi mi Haueter.

Przeczytaj też rozmowę "Śledztwo prowadzi kraj, w którym doszło do katastrofy"

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':