http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Piloci Tu-154 znów się rozbili

Wacław Radziwinowicz, Moskwa
2010-09-06, ostatnia aktualizacja 2010-09-07 07:38

Miejsce katastrofy pod Smoleńskiem
Miejsce katastrofy pod Smoleńskiem
Fot. Mikhail Metzel ASSOCIATED PRESS

Śledztwo smoleńskie. Na symulatorze TU-154M w warunkach identycznych jak te 10 kwietnia piloci odtworzyli lot kolegów z prezydenckiego samolotu. Po zniżeniu do 20 m im też nie udało się poderwać maszyny, "rozbili się"

Wacław Radziwinowicz
fot. Agencja Gazeta
Wacław Radziwinowicz
ZOBACZ TAKŻE
Wyniki symulacji feralnego lotu zdradził "Gazecie" płk Edmund Klich, przedstawiciel Polski przy Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK). To on odebrał wczoraj w Moskwie od MAK dokumenty dotyczące remontu samolotu Tu-154, który 10 kwietnia rozbił się w Smoleńsku.

Prezydencki odrzutowiec był w drugiej połowie ubiegłego roku remontowany w zakładach lotniczych Aviakor w Samarze. Cała licząca osiem tomów dokumentacja wykonanych wtedy prac oraz próbnych lotów przeprowadzonych po zakończeniu kapitalnego remontu maszyny pojedzie jutro pocztą dyplomatyczną do Warszawy. Tu dostanie ją prokuratura wojskowa prowadząca śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Nie wiadomo, czy w materiałach przekazanych w poniedziałek Polakom znalazła się ocena procedur i technologii stosowanych w przeprowadzających remont zakładach samarskich. Dla MAK-u to delikatna kwestia, bo to właśnie Komitet kilka miesięcy przed rozpoczęciem remontu polskiej maszyny wydał Aviakorowi certyfikat, zezwalając na prowadzenie takich prac.

Wśród oddanych Polakom dokumentów są protokoły siedmiu symulacji ostatniej fazy lotu prezydenckiego odrzutowca. Wykonywali je 7 lipca na podmoskiewskim lotnisku Szeremietiewo polscy i rosyjscy piloci. Mieszane załogi w działającym tam symulatorze kabiny Tu-154M "podchodziły do lądowania" w warunkach dokładnie takich samych jak te nad lotniskiem smoleńskim 10 kwietnia rano.

Piloci "lecieli" więc na ślepo w gęstej mgle, do ostatniego momentu nie widząc ziemi, zdani tylko na wskazania przyrządów pokładowych i informacje od lotniskowych kontrolerów dysponujących nieprecyzyjnym radarem.

Jak powiedział "Gazecie" płk Klich, który brał udział w czterech z siedmiu symulacji na lotnisku Szeremietiewo i "latał" w nich jako drugi pilot, jedno z tych czterech "podejść do lądowania" skończyło się katastrofą.

- W czasie kolejnych symulacji naszym zadaniem było zniżenie samolotu do wysokości najpierw 100, potem 60 oraz 40, i w końcu 20 metrów i na każdym z tych pułapów podjęcie próby podniesienia maszyny. Za każdym razem zaczynaliśmy lot 6 km od początku pasa startowego, czyli w punkcie, gdzie przy podejściu do portu lotniczego Siewiernyj w Smoleńsku jest umieszczona pierwsza radiolatarnia naprowadzająca lądujące samoloty na właściwy kurs - tłumaczy nam Klich.

Załoga "lecąca" w symulatorze we mgle tak samo gęstej, jak ta, która feralnego ranka kryła lotnisko, ani z wysokości 100, ani 60 czy 40 metrów nie widziała ziemi. Z tych trzech pułapów udało się jej jednak poderwać maszynę i uniknąć katastrofy.

- Samolot "rozbił się" w czasie ostatniej symulacji - opowiada Klich i wyjaśnia: - Kiedy na wysokości 20 m tak samo jak piloci prezydenckiej maszyny wyłączyliśmy pilota automatycznego, żeby sterując ręcznie, "podnieść" maszynę, "zderzyliśmy się" z ziemią. Ale i w czasie tej próby zobaczyliśmy ją dopiero w momencie, kiedy maszyna "się roztrzaskała".

Klich mechanizm tej "katastrofy" tłumaczy tym, że każdy zniżający się samolot - a w szczególności ciężki i lecący z niewielką szybkością - gdy pilot próbuje poderwać go ku górze, "przysiada", czyli niezależnie od woli załogi obniża lot. - Tu-154M w takim momencie i przy takich parametrach lotu jak przy lądowaniu w Smoleńsku "spada" właśnie o ok. 20 m - ocenia ekspert.

Najprawdopodobniej dziś MAK przekaże nam jeszcze kilka dokumentów. Mają one, jak powiedział nam wiceprzewodniczący Komitetu Oleg Jermołow, potwierdzać kwalifikacje zawodowe i wyszkolenie kontrolerów lotów ze Smoleńska.

Kolejne materiały Klich i jego ludzie otrzymają dopiero w przyszłym tygodniu, bo w środę wszyscy Polacy biorący udział w śledztwie moskiewskim wyjeżdżają na tydzień do Polski.

Jermołow powiedział też, że eksperci MAK zakończyli już prace analityczne związane z badaniem okoliczności katastrofy smoleńskiej i zaczynają pisać raport końcowy określający ostatecznie przyczyny katastrofy. Zwykle sporządzanie tego dokumentu trwa od półtora do dwóch miesięcy. Gotowy raport najpierw dostanie Edmund Klich, który będzie miał dwa miesiące na ustosunkowanie się do niego. Rosjanie będą mogli, kierując się uwagami polskiego eksperta, przeredagować swój dokument albo dołączyć je jako dodatek do swojego materiału, albo też uwagi te odrzucić. Dopiero potem raport zostanie opublikowany.

Jermołow powiedział nam także, że MAK przesłał do Smoleńska polecenie ogrodzenia i pokrycia brezentem szczątków prezydenckiego samolotu. Domaga się tego strona polska. Według Jermołowa prace te powinny się zacząć jeszcze w tym tygodniu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 45 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    49 głosów

Whitney Houston nie żyje

Mariah Carey, Alicia Keys, Rihanna, Justin Bieber - największe gwiazdy muzyki mówią dziś i piszą, że Whitney Houston była dla nich wzorem i inspiracją