Wszyscy jesteśmy winni tej tragedii

Marcin Wojciechowski
14.04.2010 11:00
A A A
Nie zamknęliśmy lotniska, co uniemożliwiłoby lądowanie prezydenckiego samolotu, bo obawialiśmy się skandalu dyplomatycznego. A powinniśmy zamknąć - mówią pracownicy portu Siewiernyj w Smoleńsku.
Katyńskie obchody były arcydelikatną operacją dyplomatyczną między Warszawą a Moskwą prowadzoną od kilku tygodni. Ich organizatorzy musieli zgrać wizyty premierów Donalda Tuska i Władimira Putina 7 kwietnia oraz przyjazd trzy dni później prezydenta Lecha Kaczyńskiego i kilkuset innych uczestników głównych polskich obchodów 70-rocznicy zbrodni katyńskiej. W smoleńskim hotelu Centralnyj od ponad dwóch tygodni mieszkali ludzie z MSZ i ambasady RP w Moskwie organizujący obie wizyty. - Początkowo było to trudne. Rosjanie nie chcieli uwzględniać wszystkich naszych postulatów, ale potem coś się w nich przełamało - opowiadał mi jeden z dyplomatów.

Przełom nastąpił tuż przed spotkaniem 7 kwietnia, jakby w Moskwie zapadła wtedy ostateczna decyzja w stylu: Idziemy na autentyczne zbliżenie z Polakami. Efektem było m.in. to, że kilka dni przed uroczystościami pokazano w rosyjskim kanale Kultura "Katyń" Andrzeja Wajdy.

Wbrew standardowym procedurom bezpieczeństwa, jakie obowiązują w trakcie uroczystości z udziałem Putina, rosyjska ochrona nie wyłączyła w okolicy Lasu Katyńskiego przekaźników sieci komórkowych. - Rezygnacja z nakładania kurtyny elektronicznej była naprawdę dużym gestem ze strony Rosjan - mówi nam dyplomata.

Przed sobotnim przyjazdem prezydenta Kaczyńskiego organizatorzy - po obydwu stronach - starali się zrobić wszystko, by nie zepsuć dobrego wrażenia sprzed trzech dni. Po godz. 9 czasu rosyjskiego na lotnisku w Smoleńsku bez problemów wylądował Jak-40 z dziennikarzami.

Potem mgła robiła się jednak coraz gęstsza. Obsługa lotniska mogła podjąć decyzję o jego zamknięciu i przymusowo skierować samolot na zapasowe porty - na Białorusi w Mińsku czy Witebsku, ewentualnie w Moskwie. Obawiano się jednak, że zostanie to odebrane jako afront wobec prezydenta RP i że zaraz podniosą się w Polsce głosy: "Rosjanie Tuska wpuścili, a Kaczyńskiego już nie". Dlatego pracownicy Siewiernego tylko wielokrotnie rekomendowali pilotom Tu-154, by odlecieli na lotnisko zapasowe. Ci niezmiennie odpowiadali, że mają jeszcze sporo paliwa i że spróbują wylądować. A jeśli się nie uda, polecą na lotnisko zapasowe.

Z najbliżej położonego Witebska kolumna prezydencka złożona z prawie 90 osób jechałaby jednak do Katynia co najmniej dwie godziny, i to przy założeniu, że szybko udałoby się podstawić tam rządowe samochody dla wszystkich pasażerów.

Dwa dni po katastrofie podszedł do mnie w Smoleńsku jeden z pracowników tamtejszego lotniska odpowiadający za bezpieczeństwo i stwierdził: - Wszyscy jesteśmy winni tej tragedii, nie można obciążać tą tragedią tylko pilotów. Ze względu na pogodę trzeba było w sobotę zamknąć lotnisko i kategorycznie zabronić lądowania, przynajmniej do południa. Ale nie mogliśmy tego zrobić, bo zostałoby to odczytane jako skandal dyplomatyczny wobec Polaków.

Zobacz także
  • Wszyscy jesteśmy winni tej tragedii jurber1 21.06.10, 13:27

    Wiemy ze stenogramu, że obsługa lotniska (ponadstandardowo !) pytała pilotów: "czy kiedyś lądowaliscie na wojskowym lotnisku...?" Na zdjęciu widać to stanowisko naziemne - drewniany barak...»