Pomysłodawczynią i organizatorką ogólnopolskich imienin Krystyn była dziennikarka i senator Krystyna Bochenek z Katowic, która zginęła w katastrofie pod Smoleńskiem. Po raz pierwszy na imprezie zjawił się reżyser
Kazimierz Kutz. - Zawsze się zastanawiałem, co to jest - mówił o zjedzie Krystyn do jego uczestniczek. - Jakiś klub, ćwierć partia, spółdzielnia, przedszkolanki emerytowane? Krystyna powiedziała mi kiedyś, że czasem to, co bezsensowne, jest najważniejsze, i myślę, że wy jesteście właśnie czymś takim.
Wczoraj Krystyny znów spotkały się w Katowicach, jak za pierwszym razem, by uczcić pamięć liderki (rozpoczęło się od złożenia kwiatów na jej grobie i mszy). Jak zwykle w spotkaniu uczestniczyło około 600 Krystyn. Same się organizują, w poszczególnych miastach wykształciły się kluby i liderki.
Krystyna Leśniak-Moczuk z Rzeszowa, z zawodu socjolog, postanowiła naukowo zbadać zjawisko. Sama już po raz dziewiąty brała udział w zjeździe i przeprowadziła ankiety wśród innych Krystyn. - To fenomen społeczny, że tak przypadkowy element, jak imię, potrafi wyzwolić taką siłę więzi, zjednoczyć ludzi z różnych środowisk, dać poczucie tożsamości - mówi Leśniak-Moczuk. - Większość to emerytki, również dlatego, że ostatni szczyt nadawalności tego imienia przypadał na lata 50. Dużo wdów, rozwódek. Samotne kobiety, które dysponują czasem i niewielkimi środkami finansowymi. Spotykają się nie tylko tego jednego dnia. Potrzebują więzi - ocenia Leśniak-Moczuk. To ona w przyszłym roku będzie gospodynią imienin Krystyn.
- Powiedziałem kiedyś żonie: one jeżdżą na te imieniny dla ciebie - wspomina prof. Andrzej Bochenek. - A Krystyna na to, że one już jeżdżą dla siebie. Były wdzięczne mojej żonie, że mogły wyjechać z domu, zobaczyć kawałek Polski, bo to nie chodziło o obchody imienin. Poznały się i pomagają sobie wzajemnie. To ruch społeczny, który nie zaginie.