Zapytałaś: "87 lat to według pana jest już przepustka do śmierci?". Odparł, że śmierć w tym wieku jest bardziej zrozumiała i usprawiedliwiona. Ale często jest tak, że człowiek nie powinien umrzeć, a mimo to umiera. Z taką niesprawiedliwością nie można się pogodzić.
Od soboty ta rozmowa, zagubiona w zakamarkach pamięci, nagle do mnie wraca. To ty?
Pamiętam nasze rozmowy.
Mówisz, że starość jest ważna, że nie możesz znieść braku szacunku, lekceważenia. Opowiadasz mi o prof. Kornelu Gibińskim, nestorze śląskich lekarzy. Zobaczyłaś go na szpitalnym korytarzu, pokornie czekał na swoją kolejkę. Młodzi, roześmiani, pewnie stażyści, przechodzą obok, nieświadomi, kto tam się garbi na twardej ławeczce. Wielki lekarz! W obozie koncentracyjnym potrafił leczyć samą swoją obecnością. Dawał więźniom aspirynę i mówił, że to cudowne lekarstwo. Wierzyli mu, wielu zdrowiało. Mówił, że człowiek to wielka tajemnica, skoro do wyleczenia wystarczy mu nadzieja.
Już masz pomysł. Mówisz, że szpital w Ligocie trzeba nazwać imieniem prof. Gibińskiego. Od razu, natychmiast. Chwytasz za słuchawkę, nie liczy się nic innego. Cel-pal.
A prof. Franciszek Kokot? Widzę, jak go chwytasz z czułością za rękę i wyznajesz, że go kochasz. Profesor się śmieje i żałuje, że to miłość platoniczna. Lubisz starość, masz do niej słabość.
Mówisz, że koniecznie musimy napisać książkę o starości, że to nasz obowiązek, że ci ludzie odejdą i nikt już nigdy nie zapyta o to, co jest w życiu najważniejsze. Oni to wiedzą. A ty?
Wściekasz się, gdy coś idzie nie po twojej myśli. Wszystko musi być zaplanowane, zapięte na ostatni guzik. Drażnią cię drobiazgi, że zabrakło nazwiska na zaproszeniu. Jak mogło zabraknąć? Że literówka w tekście opublikowanym. Jak to możliwe? Transparent krzywo wisi. Jak można nie zauważyć? Mówią, że bez tej drobiazgowości, nieustępliwości, uporu nie byłoby "Dyktanda" i wielu innych akcji, które zorganizowałaś.
Krzyczysz na Religę, że pali papierosy. Nie znosisz, jak ktoś pali. Uważasz, że to rujnuje zdrowie. Śmieję się z tej twojej złości, ale ty jesteś poważna jak nigdy. Lekarz musi dawać przykład, nie może palić, bo staje się niewiarygodny dla pacjenta.
Codziennie wieczorem po dwa, trzy telefony. Mam chorą matkę, brata, kolegę. Ratuj, pomóż, szepnij słowo. Mówisz, że nie potrafisz odmówić, wyłączyć telefonu, odciąć się. Mogłabym założyć firmę, która kojarzy pacjentów z lekarzami - śmiejesz się. Czasami masz dość, ale zaciskasz zęby i załatwiasz: ginekologa, chirurga, kardiologa, transport ze szpitala do szpitala. Niezręcznie ci prosić, ale co masz zrobić z tą ludzką bezradnością? Zostawić na pastwę losu?
Odkąd jesteś w Senacie, masz coraz mniej czasu. Rzadziej słyszę w słuchawce to twoje: "Cześć, gdzie jesteś? Co robisz?". Dobrze, że dzwonisz, bo nie wiem, co zrobić: iść na to spotkanie czy nie? Ty byś poszła? A krawat bardziej jaskrawy czy stonowany? Czytałaś, nie czytałaś? Co sądzisz? Jak myślisz? Co mam robić, czego nie robić? Mówić krótko czy dłużej? Wyjechać czy zostać?
Słyszę, że jesteś zmęczona. Nawet nie wiesz, ile można zrobić w ciągu jednego dnia - mówisz. Od świtu jestem na nogach. Nagranie w telewizji, listy do odpisania, dokumenty do podpisania, telefony, uzgodnienia, spotkania, uroczystość oficjalna, musiałam otworzyć, pędem do sklepu, jakąś marchewkę, pietruszkę, zupę wstawiłam, będzie na dwa dni, przyjedź na zupę, pędem do mamy, choruje, skarży się, że jej nie odwiedzam, i do siostry na chwilę, bo też narzeka, w drodze powrotnej wsysa mnie biuro, tam sprawy do rozdzielenia, która do załatwienia teraz, która może poczekać, ktoś płacze do słuchawki, potrzebuje natychmiast do specjalisty, dzwonię i załatwiam, odbieram garsonki z pralni...
- Dziewczyno, co ty robisz - pytam.
- Jak to co? Nad mięsem stoję. Schab ze śliwkami. Pyszny będzie, przyjedź na mięso...
Mówisz, że mam nieznośną manierę. Napominasz: nie mów "po prostu". Ty też masz manierę. Mówię do ciebie, a ty: "co?". Jakbyś mnie nie słuchała. Sama też sobie stawiasz pytajniki. Na końcu każdego zdania: "co?". Nakręcił świetny film, co? Jest niesamowitym człowiekiem, co? Ta książka jest wzruszająca, co?
Patrzę tępo w ekran telewizora i nie mogę uwierzyć. Mówisz, że na starość będziesz biegała po domu w szlafroku i papilotach na głowie. Śmieję się z ciebie, bo sobie nie wyobrażam. Jesteś jak elektrownia i wulkan w jednym. Jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, do wymyślenia, do napisania. Tyle ludzi do poznania. Wciąż będziesz w ruchu. Jako starsza pani po siedemdziesiątce poprowadzisz "Dyktando" i jeszcze jakąś akcję dla biednych studentów albo dzieci umierających na raka. Jesteś z żelaza.
Trzymam w dłoni telefon komórkowy, są w nim twoje numery. Nie, nie bój się, nie wykasuję. Jeszcze zadzwonisz z tym swoim: "Cześć, gdzie jesteś, co robisz?". Co robię? Właśnie próbuję sklecić parę zdań. Szukam w nich jakiegoś sensu, ale nie znajduję. Muszę napisać: "Krystyna Bochenek nie żyje". Wyobrażasz to sobie? Co?