Grzegorz Dolniak. Unikał sporów, zawsze tryskał humorem
Ciągle nie mogę się otrząsnąć, że już go nie ma. Prowadził w Będzinie firmę, ja pracowałem tuż obok. Byliśmy po prostu sąsiadami. Z czasem zaczęliśmy poznawać się bliżej. Nie powiem, kiedy zostaliśmy przyjaciółmi. Takich rzeczy nie zaznaczasz w kalendarzu. Bo po co? Grzesiek był dla mnie kimś wyjątkowym. I to wystarczy.
10 lat temu spotkaliśmy się w Dąbrowie Górniczej i razem zdecydowaliśmy, że warto spróbować swoich sił w polityce. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Grzesiek będzie dla mnie jak starszy brat. Gdy został posłem, nic się nie zmieniło. Ciągle dla niego najważniejsza była rodzina i ludzie. Z rodziną spędzał tyle czasu, ile mógł.
Wiem, że to teraz brzmi dziwnie, ale nigdy z rodziną nie latał samolotem. Nawet w dalekie miejsca jechali razem samochodem. Grzesiek dokładnie planował trasę, wszystkie postoje miał wyliczone co do minuty - cieszył się każdą chwilą. Do celu zmierzał zawsze powoli. Miałem wrażenie, że chce przedłużyć czas bycia z krewnymi. Nieraz go pytałem, czemu nie lecisz samolotem na wakacje? On na to, że "nigdy nie latamy razem, i koniec". Coś w tym było, jakaś ostrożność. Samotnie jednak latał bez obaw.
Jak z przyjacielem dzieliłem z nim wszystkie troski i radości, gdy urodziła się moja córka, cieszył się ze mną, radził w każdej sprawie. Mówił, jakie okna w domu warto wstawić, gdzie zrobić wjazd czy furtkę, jakie wybrać kwiaty do ogrodu. Miał piękny ogród koło swojego domu w Będzinie, to była jego wielka pasja. Zawsze siadywaliśmy w altanie, był naprawdę dumny ze swoich kwiatów i krzewów. Żałował tylko, że nie ma więcej czasu na to hobby.
Drugą jego pasją była siatkówka. Miał swój karnet na mecze w Dąbrowie Górniczej, przychodził na siatkówkę zawsze, kiedy mógł, jeździł na mecze Ligi Światowej, sam też grał.
W polityce nie chciał być za wszelką cenę. Nie było u niego jadu, jaki można spotkać u wielu polityków. Każdego traktował serdecznie i bez najmniejszej dawki agresji. Grzesiek lubił spotkania z ludźmi. Przed jego biurami zawsze były kolejki, nikomu nie odmawiał rozmowy.
Nie mówił, że marzy o jakimś stanowisku. Nie o to mu chodziło. Był graczem drużynowym, zespół był dla niego ważny. Nie wyrywał się do przodu, po prostu robił swoje. Nie chwalił się tym, że mógł zostać ministrem spraw wewnętrznych i administracji. Ostatecznie jednak odmówił. Wolał zostać w klubie PO. Mówił mi, że urzędnik zawsze jest daleko od ludzi, a to mu nie odpowiadało. Zaszczyty i funkcje nie były po prostu dla niego ważne. Z drugiej strony w Warszawie był ceniony i dlatego został zaproszony do tego przeklętego tupolewa...
Jego odejście to dla mnie koniec pewnego etapu. Byliśmy drużyną, która właśnie się rozpadła. Plany, pomysły - wszystkie nagle nie mają sensu. Długo się z tym nie pogodzę. Zapamiętam go jako radosnego, serdecznego człowieka z zawadiackim uśmiechem pod wąsem.
*Autor jest radnym sejmiku województwa