http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Maciej Płażyński. Jak kiwnął głową, to dotrzymał słowa

Krzysztof Katka
2010-04-11, ostatnia aktualizacja 2010-04-11 20:12

Za wcześnie na pożegnalny tekst o marszałku Płażyńskim. Czekał na swój czas, miał wspaniały życiorys, pasję, dorobek, doświadczenie i tylko 52 lata. - Maciej byłby znakomitym premierem czy prezydentem - mówi europoseł Jan Kozłowski

Maciej Płażyński
Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta
Maciej Płażyński
GALERIA ZDJĘĆ
Wojnę między PO a PiS-em postanowił przeczekać angażując się w działalność na rzecz Polonii. Liczył, że jego czas w wielkiej polityce jeszcze nadejdzie, a wytrwałości nigdy mu nie brakowało.

Rok fizycznej pracy na Śląsku po ukończeniu liceum zahartował młodego Płażyńskiego. W 1977 r. przyjechał do Gdańska i zaczął studia prawnicze na Uniwersytecie Gdańskim. Najpierw związał się z Ruchem Młodej Polski, później zakładał Niezależne Zrzeszenie Studentów, w 1981 r. kierował strajkiem okupacyjnym na uczelni.

Założył też Spółdzielnię Pracy Usług Wysokościowych "Świetlik" znaną też jako "Gdańsk". Firma zatrudniała działaczy gdańskiej opozycji, m.in. Donalda Tuska, Wiesława Walendziaka. Podejmowali trudne pracy na wysokościach, malowali kominy.

- Maciej w tamtych wyjątkowo trudnych czasach bezinteresownie podał dłoń wielu osobom - wspomina Andrzej Kowalczys, kolega z opozycji. - Miał niezwykły charakter, był nie do zdarcia, wychodził z wielu opresji. Pamiętam, jak kiedyś koledzy ze spółdzielni szli na skróty po jeziorze Niegocin. Maciej wpadł pod lód, zaczął się topić, ale był taki silny, że sobie poradził.

- To on przed robotą wyceniał, ile firma chce wziąć. Stawał przed kominem, mrużył oczy i mówił na czuja: pięć milionów! - wspominał przed laty znajomy ze Świetlika Mirosław Rybicki.

- Brał robotę, nawet jeśli wydawała się niewykonalna. Nie musiał wiedzieć, jak to zrobić, miał zaufanie, że chłopaki coś wymyślą - dodawał Zdzisław Kamiński, również pracownik Świetlika.

W sierpniu 1990 r. został pierwszym niekomunistycznym wojewodą gdańskim. Związał się z gdańskimi konserwatystami. - Wtedy się poznaliśmy, był bardzo konkretny, rzeczowy, a przy tym bezpośredni - mówi Jan Kozłowski, były marszałek pomorski, dziś europoseł. - Szybko stał się autorytetem dla wielu, także dla mnie.

Maciej Kazienko, asystent nowego wojewody, pozostał u boku Płażyńskiego przez blisko 20 lat. - Stał się moim wzorem, nie było u niego fuszerki, tylko pełne zaangażowanie - mówi Kazienko. - Zaprzyjaźniliśmy, był dla mnie jak brat.

Popularność Płażyńskiego i wysokie oceny jego pracy spowodowały, że po objęciu władzy w 1994 r. SLD obawiało się go usunąć. Został odwołany dopiero w lipcu 1996 r. przez premiera Włodzimierza Cimoszewicza, co wywołało protesty zakończone spontanicznym kilkutysięcznym wiecem mieszkańców w Gdańsku.

- Staliśmy wtedy na przedprożu Dworu Artusa, dokładnie w tym samym miejscu, w którym w niedzielę wystawiono księgę kondolencyjną - mówi przyjaciel Płażyńskiego.

W wyborach parlamentarnych 1997 r. uzyskał najlepszy wynik wyborczy w Polsce - 125 tys. głosów. Z ramienia AWS został marszałkiem Sejmu. - Największą satysfakcję miał z przyjęcia Ojca Świętego w Sejmie, cieszył się, że mógł się do tego przyczynić - wspominają współpracownicy.

W styczniu 2001 r. z Andrzejem Olechowskim i Donaldem Tuskiem powołał Platformę Obywatelską na pamiętnym spotkaniu w hali Olivia. Olechowski wniósł do PO grupę sympatyków, którzy poparli go w wyborach prezydenckich, Tusk przyprowadził grono działaczy z Unii Wolności, a Płażyński przyłączył tłum samorządowców, głównie z Pomorza. Dzięki niemu z dnia na dzień nowy ruch zasilili prezydenci miast, wójtowie, radni. - Olechowskiego znaliśmy z telewizji, Tusk funkcjonował głównie w warszawskiej polityce, zaufaliśmy Maćkowi - mówili.

Budował koalicje samorządowe na Pomorzu, skleił też porozumienie w sejmiku między PO, PiS, a LPR. - Zawdzięczam mu to, że zostałem marszałkiem, to była jego decyzja - przyznaje Jan Kozłowski. - Potrafił zawierać kompromisy i twardo bronić swoich przekonań. Nie było u niego agresji, swoje umiał powiedzieć, ale nie wywoływał niechęci u słuchacza.

Został szefem Platformy, ale w 2003 r. nieoczekiwanie opuścił partię. - Partia centrowa nie jest miejscem dla mnie. Ważne jest, w którą stronę pójdzie PO. W prawą - wtedy ze mną, do centrum - beze mnie - tłumaczył Płażyński.

Kazienko pamięta rozstanie z PO jako najtrudniejszą chwilę marszałka. - Porzucenie tego "dziecka" strasznie przeżył, a już tragedią stało się to, że jego gest nie został zrozumiany. Odchodził mówiąc, że Platforma powinna iść w innym kierunku. Do mnie to trafiło, odszedłem razem z nim - mówi Kazienko.

- Ja go wtedy nie rozumiałem - przyznaje Kozłowski. - Dopiero potem uświadamiałem sobie, że dla niego ważna była atmosfera współpracy, nie uznawał gierek, męczyły go. To był facet, który chciał, żeby jego wewnętrzne przekonanie zgadzało się z tym, co się dzieje. Jak tego brakowało, to się wycofywał. Nie parł za wszelką cenę do stanowisk, u niego to było podporządkowane wartościom.

W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. wystawił własny komitet. To miał być wstęp do budowy partii chadeckiej. Nie odniósł sukcesu, ale na liście wyborczej pojawił się syn Lecha Wałęsy - Jarosław.

- Rozmawialiśmy o życiu, pytał mnie o plany i zaproponował start - wspomina Jarosław Wałęsa, który deputowanym został w ubiegłym roku. - Był moim mentorem, jego równowagę i stoicki spokój staram się naśladować. Dał mi szansę. Dziękuję, panie Macieju.

W 2005 r. wygrał samodzielnie wybory do Senatu, był zwolennikiem współpracy PO i PiS-u, nie odnalazł się w sytuacji konfliktu między tymi partiami. Świadomie schodził na polityczny margines, choć w badaniach opinii publicznej wciąż wypadał rewelacyjnie.

W przedterminowych wyborach w 2007 r. wystartował do Sejmu z partyjnej listy. Dostał pierwsze miejsce w Gdańsku od PiS-u, na przedwyborczej konwencji krytykował Tuska i Platformę. Zdobył mandat, ale do PiS-u nie wstąpił. W 2008 r. został prezesem Stowarzyszenia "Wspólnota Polska".

- To była dla niego doskonała funkcja na trudne czasy. Bez przeszkód i nie wchodząc w spory partyjne mógł realizować swoją pasję, pasję służby - mówi jeden ze współpracowników marszałka.

- Znalazł sobie ujście dla aktywności w pomocy dzieciom. Myślałem, że jego dni nadejdą. To kariera niedopełniona, nie został wykorzystany do końca - ocenia Kozłowski.

Nie zdążył m.in. dokończyć jednego z wielu projektów pomocy Polonii. - W piątek rozmawialiśmy na temat kolejnej edycji akcji "Lato z Polską". W ubiegłym roku przyjęliśmy na wakacje 2500 dzieci z Białorusi, zastanawialiśmy się które samorządy poprosić teraz o pomoc - mówi Kazienko.

Gdański radny i kolega marszałka Wiesław Kamiński mówi, że Płażyńskiego w świecie polityki wyróżniały dwie cechy - skromność i słowność: - Lata uczestniczenia w sprawowaniu władzy nie zmieniły go. Pozostał cichy i zwyczajny, w równym stopniu skupiony na ważnym oficjalnym rozmówcy, jak i na nieznanym przechodniu, który go zagadnął. Był też niesłychanie słowny, często śmialiśmy się, że jak już kiwnie tą swoją łysą głową, to słowa dotrzyma. Nie składał obietnic bez pokrycia.

Maciej Płażyński Zostawił żonę Elżbietę - sędziego Sądu Okręgowego w Gdańsku - oraz troje dzieci - 26 -letniego Jakuba, 24-letnią Katarzynę i 21-letniego Kacpra.

Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    34 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':