Przemawiał pół godziny. I od razu wyszedł, bo gnał na konferencję prasową prezesa
PiS Jarosława Kaczyńskiego. Potem wprawdzie wrócił do Sejmu, ale niebawem klarował dziennikarzom, że polskie lotnictwo wojskowe jest atakowane, bo jako jedyne w armii ma broń zdolną zagrozić naszemu nowemu sojusznikowi - Rosji (chodzi o F-16).
Podobnie czyniła większość posłów PiS. Elżbieta Kruk porównała działania komisji Millera do komisji Burdenki powołanej przez Stalina do "udowodnienia", że za zbrodnię w Katyniu odpowiedzialni są
Niemcy, a potem poszła na kawę. Po barwnym wystąpieniu z sali wyszła też Jadwiga Wiśniewska.
Padały najcięższe i najdziwaczniejsze oskarżenia. Wróciły stare tezy: o obezwładnionym samolocie na wysokości 15 m, o brzozie, która jest jak zapałka, więc nie mogła być przyczyną wypadku. Wróciły pytania: skąd wiadomo, że pasażerowie nie żyli po upadku Tu-154. Zabrakło tylko sztucznej mgły i helu.
Można by powiedzieć - zwykły polityczny teatr w przededniu kampanii wyborczej. Ale coś się jednak zmieniło, i to bardzo ważnego. Do tej pory politycy PiS domagali się "prawdy". Teraz prawda już jest. Nawet krytycy raportu Millera są zgodni, że jest precyzyjnym opisem sytuacji. Można się z niektórymi tezami zgadzać lub nie, ale każda znajduje racjonalne uzasadnienie poparte dowodami.
Chyba stąd atak na Jerzego Millera, próby podważania dobrej woli i kompetencji członków jego komisji, którzy przecież nie są ani z PiS, ani z PO. Stąd próba powrotu do tez albo budowanie ad hoc nowych zarzutów.
Nic nie jest bowiem dla PiS przed wyborami bardziej szkodliwe niż prawda. Prawda bywa banalna, a teorie spiskowe rozgrzewają tak cenne w polityce emocje. Stąd sejmowy teatr fikcji Antoniego Macierewicza. Poparty wiarą, że publiczność nie będzie miała dość cierpliwości, by oglądać teatr faktu Jerzego Millera.