Ale nie, wolał urządzić show przed dziennikarzami i kamerami telewizyjnymi, by bronić jedynie słusznej - bo swojej - wersji prawdy o katastrofie.
Chociaż nie była to nawet obrona wersji prawdy, bo najważniejsze wnioski komisji Jerzego Millera na temat tragedii smoleńskiej są tożsame z tymi, do których w swym opublikowanym w styczniu raporcie doszedł i MAK: do katastrofy doprowadziły błędy polskich pilotów i ich przełożonych odpowiedzialnych za szkolenia załóg i organizację fatalnego rejsu.
Polacy tylko ośmielili się zauważyć, że na lotnisku w Smoleńsku też panował bałagan, który Komitet - jak wiele wskazuje - za wszelką cenę chciałby ukryć. A to przecież nie taka wielka tajemnica. Seria katastrof, do których raz za razem dochodzi w lotnictwie czy żegludze Rosji w ostatnich miesiącach, sprawia, że nawet wykształcony i kulturalny prezydent kraju nie może się powstrzymać i nie użyć publicznie słowa "bardak".
Nie wersji prawdy bronili jednak wczoraj eksperci MAK-u, lecz "honoru munduru", na którym nie może być najmniejszej plamki.
Dla dzisiejszej Rosji to typowe.
Międzypaństwowy Komitet Lotniczy od początku pracy nad katastrofą tupolewa zachowuje się nie jak niezależna instytucja, lecz wydział ministerstwa spraw zagranicznych. Przypomina to choćby postępowanie rosyjskiego sanepidu, który też działa jak sanitarny departament
MSZ i nie dostrzega setek szpitali bez ciepłej wody czy szkół, gdzie zimą chodzi się do toalety na podwórkach, ale dostrzeże mikroba w winie z Gruzji, bo ona obraziła Rosję.
Jeśli tak dalej pójdzie, Polska zostanie ze swoją prawdą o tragedii w Smoleńsku, a
Rosja - ze swoją. I mała jest nadzieja na to, że dochodzenie prowadzone przez rosyjski komitet śledczy coś tu zmieni. I w tym komitecie też umieją dzielnie bronić "honoru munduru". Tak to już jest w kraju, w którym nie istnieją niezależne instytucje.