Wieść o katastrofie prezydenckiego tu-154 rozniosła się w Lesie Katyńskim, gdy wszystko było już gotowe do uroczystości. Bliscy ofiar, którzy przyjechali na uroczystości specjalnym pociągiem z Warszawy, od rana pucowali tabliczki z nazwiskami swoich bliskich, składali kwiaty, palili znicze, robili sobie pamiątkowe zdjęcia.
- Mojej babci nie udało się tutaj przyjechać, matka nigdy tu nie była, ale ja jestem. Spełniło się marzenie mojego życia - mówił mi przed uroczystościami wnuk zamordowanego w Katyniu Kazimierza Purolczaka z Konina.
Krystyna Lecyk z Lublina przyjechała na grób swojego ojca chrzestnego por. Feliksa Łaszcza, który studiował przed wojną medycynę z jej ojcem we Lwowie. Ponieważ nie ma on innych bliskich, to ona poczuwa się do opieki nad jego mogiłą.
Duchowni kończyli ostatnie przygotowania do mszy świętej. Kompanie reprezentacyjne z Rosji i Polski ćwiczyły składanie wieńców. Nagle wśród tłumu gruchnęła wiadomość, że prezydencki samolot miał awarię. Początkowo sądzono, że to coś drobnego. Z niecierpliwością oczekiwano na wieści z lotniska w Smoleńsku. W pewnym momencie pracownicy prezydenckiego biura prasowego zaczęli płakać. - Jest bardzo źle, naprawdę bardzo źle - wydusiła z siebie sparaliżowana Agnieszka Kołacz z Kancelarii Prezydenta.
Msza święta rozpoczęła się, gdy jeszcze nie było jasne, że prezydent
Lech Kaczyński nie żyje. Szybko jednak przedstawiciele kancelarii obecni na uroczystościach poinformowali o skutkach tragedii. W szoku byli posłowie
PiS, którzy przyjechali na uroczystości pociągiem. Do ostatniej chwili wierzyli, że może nie spełnił się najczarniejszy scenariusz.
Uroczystości katyńskie przekształciły się w nabożeństwo żałobne za prezydenta Kaczyńskiego i pozostałe ofiary. Skrócono program. Zrezygnowano z części w Smoleńsku. Jak na ironię losu prezydencki
obiad z rodzinami katyńskimi miał się odbyć w hotelu Nowyj na obrzeżach miasta, dosłownie kilkaset metrów od miejsca katastrofy. Pociąg specjalny ze Smoleńska do Warszawy odjechał przed czasem.
Franciszkanin z jedynej katolickiej parafii w Smoleńsku, który był w Lesie Katyńskim, wprost stamtąd pojechał na miejsce katastrofy, by modlić się za ofiary. W stule i z Biblią w ręku próbował przedrzeć się przez milicyjny kordon na miejsce tragedii. Puszczono go tylko do miejsca, z którego było widać w oddali szczątki samolotu. Ale pomodlił się za duszę zmarłych.