http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tu-154 miał przeczekać mgłę

Marcin Wojciechowski
2011-01-27, ostatnia aktualizacja 2011-01-27 09:06

Lotnisko Okęcie. 10 kwietnia 2010 r., godz. 7.23. Samolot Tu-154 kilkadziesiąt sekund przed startem na uroczystości katyńskie
Lotnisko Okęcie. 10 kwietnia 2010 r., godz. 7.23. Samolot Tu-154 kilkadziesiąt sekund przed startem na uroczystości katyńskie
Fot. Andrzej Samborski / Agencja Gazeta

Gdyby 10 kwietnia prezydencki Tu-154 odstąpił od lądowania na lotnisku w Smoleńsku, miał przeczekać mgłę w Moskwie lub Mińsku i do Smoleńska wrócić - mówi "Gazecie" dyplomata przygotowujący tamtą wizytę

Jeden z głównych zarzutów wobec organizatorów wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 r. w Katyniu brzmi, że nie zapewnili alternatywnego transportu do Smoleńska liczącej prawie sto osób delegacji z ewentualnych lotnisk zapasowych w Moskwie czy Mińsku. Wizytę organizowali MSZ, Biuro Ochrony Rządu i Kancelaria Prezydenta.

Moskwa jest oddalona od Smoleńska o 400 km, a Mińsk o ok. 200 km. Dojazd z obu miast samochodami zająłby delegacji kilka godzin. Zamiast o godz. 11.30 uroczystości na cmentarzu katyńskim rozpoczęłyby się dopiero wieczorem.

Członkowie delegacji nie mieli też wiz białoruskich, co było dodatkową komplikacją w razie lądowania w Mińsku.

- Transportu samochodowego z lotnisk zapasowych w ogóle nie było w planie - mówi "Gazecie" dyplomata, który wizytę przygotowywał i 10 kwietnia był na płycie lotniska w Smoleńsku. - Na lotnisku zapasowym w Moskwie lub w Mińsku Tu-154 miał tylko przeczekać mgłę i wrócić do Smoleńska, gdzie czekały na prezydenta i członków delegacji samochody. W ogóle nie rozważaliśmy wariantu podróży samochodem z Mińska lub Moskwy.

Kilkakrotnie składał w tej sprawie wyjaśnienia przed komisją ds. badania przyczyn katastrofy kierowaną przez ministra Jerzego Millera.

- Jeszcze kilkanaście minut przed katastrofą rozmawiałem ze swoim odpowiednikiem ze strony rosyjskiej, że z powodu złej pogody Tu-154 leci do Moskwy na lotnisko Wnukowo lub do Mińska i tam przeczekuje mgłę. Nie wiem, co wpłynęło na zmianę tych planów - opowiada nasz rozmówca z MSZ.

Dyplomata już z płyty lotniska w Smoleńsku dzwonił nawet do ambasad RP w Moskwie i Mińsku, by je uprzedzić o możliwym lądowaniu prezydenta. Protokół dyplomatyczny zakłada bowiem, że w takiej sytuacji, nawet podczas niezapowiedzianego lądowania, na powitanie głowy państwa powinien pojechać ambasador. A jeśli go nie ma na miejscu, to osoba najwyższa rangą w danej placówce dyplomatycznej.

W Mińsku był ambasador Henryk Litwin, obecnie wiceszef MSZ, który szykował się do wyjazdu na lotnisko na spotkanie Lecha Kaczyńskiego. Ponieważ ambasador RP w Rosji Jerzy Bahr czekał na prezydencki samolot w Smoleńsku, więc na lotnisko w Moskwie miał wyjechać na powitanie prezydenta inny dyplomata. Towarzyszyłby on prezydentowi w czasie oczekiwania na ponowny start.

O przeczekaniu mgły na lotnisku zapasowym nic się nie mówi w odczytanych stenogramach z czarnych skrzynek tupolewa. Wnukowo jako lotnisko zapasowe wskazuje natomiast moskiewski rozmówca kontrolerów ze smoleńskiej wieży.

Słowa dyplomaty, z którym rozmawialiśmy, potwierdza polski MSZ. - W czasie wizyt zagranicznych nie podstawia się kolumn samochodowych na lotniska zapasowe - mówi "Gazecie" rzecznik resortu Marcin Bosacki. - Nawet w czasie niedawnej wizyty amerykańskiej sekretarz stanu Hillary Clinton w Krakowie na lotnisko zapasowe w Pyrzowicach nie podstawiano dla niej drugiej kolumny. Lotniska zapasowe służą temu, by samolot z delegacją bezpiecznie wylądował, jeśli nie pozwalają na to warunki na lotnisku głównym. Jeśli pogoda się poprawia, to po pewnym czasie samolot z delegacją leci we właściwe miejsce przeznaczenia. Jeśli zaś złe warunki utrzymują się dłużej, to dopiero wtedy rozważany jest wyjazd kolumny samochodowej z lotniska głównego na zapasowe.

W BOR powiedziano nam, że plan przeczekania na lotnisku zapasowym był zawsze elementem podróży zagranicznych. - Lotnisk zapasowych jest kilka, nie ma możliwości podstawiania na każde kolumny samochodów - mówi oficer BOR od prawie 20 lat pracujący przy delegacjach polskich VIP-ów. - Gdy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, obowiązywała zasada, że jeśli jest zła prognoza, to w ogóle nie wylatujemy. Ale przy prezydencie Lechu Wałęsie, zwłaszcza jeśli lot był za granicę, zdarzało się lądować tam, gdzie były dobre warunki, i po poprawie pogody wrócić na lotnisko docelowe.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 38 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    96 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':