Jeden z głównych zarzutów wobec organizatorów wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 r. w Katyniu brzmi, że nie zapewnili alternatywnego transportu do Smoleńska liczącej prawie sto osób delegacji z ewentualnych lotnisk zapasowych w Moskwie czy Mińsku. Wizytę organizowali
MSZ, Biuro Ochrony Rządu i Kancelaria Prezydenta.
Moskwa jest oddalona od Smoleńska o 400 km, a Mińsk o ok. 200 km. Dojazd z obu miast
samochodami zająłby delegacji kilka godzin. Zamiast o godz. 11.30 uroczystości na cmentarzu katyńskim rozpoczęłyby się dopiero wieczorem.
Członkowie delegacji nie mieli też wiz białoruskich, co było dodatkową komplikacją w razie lądowania w Mińsku.
- Transportu samochodowego z lotnisk zapasowych w ogóle nie było w planie - mówi "Gazecie" dyplomata, który wizytę przygotowywał i 10 kwietnia był na płycie lotniska w Smoleńsku. - Na lotnisku zapasowym w Moskwie lub w Mińsku Tu-154 miał tylko przeczekać mgłę i wrócić do Smoleńska, gdzie czekały na prezydenta i członków delegacji
samochody. W ogóle nie rozważaliśmy wariantu podróży
samochodem z Mińska lub Moskwy.
Kilkakrotnie składał w tej sprawie wyjaśnienia przed komisją ds. badania przyczyn katastrofy kierowaną przez ministra Jerzego Millera.
- Jeszcze kilkanaście minut przed katastrofą rozmawiałem ze swoim odpowiednikiem ze strony rosyjskiej, że z powodu złej pogody Tu-154 leci do Moskwy na lotnisko Wnukowo lub do Mińska i tam przeczekuje mgłę. Nie wiem, co wpłynęło na zmianę tych planów - opowiada nasz rozmówca z MSZ.
Dyplomata już z płyty lotniska w Smoleńsku dzwonił nawet do ambasad RP w Moskwie i Mińsku, by je uprzedzić o możliwym lądowaniu prezydenta. Protokół dyplomatyczny zakłada bowiem, że w takiej sytuacji, nawet podczas niezapowiedzianego lądowania, na powitanie głowy państwa powinien pojechać ambasador. A jeśli go nie ma na miejscu, to osoba najwyższa rangą w danej placówce dyplomatycznej.
W Mińsku był ambasador Henryk Litwin, obecnie wiceszef MSZ, który szykował się do wyjazdu na lotnisko na spotkanie Lecha Kaczyńskiego. Ponieważ ambasador RP w Rosji Jerzy Bahr czekał na prezydencki samolot w Smoleńsku, więc na lotnisko w Moskwie miał wyjechać na powitanie prezydenta inny dyplomata. Towarzyszyłby on prezydentowi w czasie oczekiwania na ponowny start.
O przeczekaniu mgły na lotnisku zapasowym nic się nie mówi w odczytanych stenogramach z czarnych skrzynek tupolewa. Wnukowo jako lotnisko zapasowe wskazuje natomiast moskiewski rozmówca kontrolerów ze smoleńskiej wieży.
Słowa dyplomaty, z którym rozmawialiśmy, potwierdza polski MSZ. - W czasie wizyt zagranicznych nie podstawia się kolumn samochodowych na lotniska zapasowe - mówi "Gazecie" rzecznik resortu Marcin Bosacki. - Nawet w czasie niedawnej wizyty amerykańskiej sekretarz stanu
Hillary Clinton w Krakowie na lotnisko zapasowe w Pyrzowicach nie podstawiano dla niej drugiej kolumny. Lotniska zapasowe służą temu, by samolot z delegacją bezpiecznie wylądował, jeśli nie pozwalają na to warunki na lotnisku głównym. Jeśli pogoda się poprawia, to po pewnym czasie samolot z delegacją leci we właściwe miejsce przeznaczenia. Jeśli zaś złe warunki utrzymują się dłużej, to dopiero wtedy rozważany jest wyjazd kolumny samochodowej z lotniska głównego na zapasowe.
W BOR powiedziano nam, że plan przeczekania na lotnisku zapasowym był zawsze elementem podróży zagranicznych. - Lotnisk zapasowych jest kilka, nie ma możliwości podstawiania na każde kolumny samochodów - mówi oficer BOR od prawie 20 lat pracujący przy delegacjach polskich VIP-ów. - Gdy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, obowiązywała zasada, że jeśli jest zła prognoza, to w ogóle nie wylatujemy. Ale przy prezydencie Lechu Wałęsie, zwłaszcza jeśli lot był za granicę, zdarzało się lądować tam, gdzie były dobre warunki, i po poprawie pogody wrócić na lotnisko docelowe.