W domu marniał, teraz inny człowiek się zrobił Jerzy Boguszewski, 64 lata Gdy grupa elektryków wybiera się na wycieczkę, to przecież nie po to, żeby podziwiać krajobrazy.
- Więc co podziwiacie?
- Kable i sposoby, w jaki je położono, a następnie połączono - mówi Jerzy Boguszewski. Uśmiecha się. Żartuje?
- Proszę pana, tak właśnie wyglądają wycieczki techniczne. A internet służy do tego, żeby zaplanować trasę takiej wycieczki - dopowiada. I wtedy już wiem, że mówił na poważnie.
Dzięki sieci pan Jerzy zaplanował już kilkanaście takich wędrówek dla siebie i kolegów działających razem z nim w Stowarzyszeniu Elektryków Polskich. Ostatnio doszli do siedziby Polskiego Radia Pomorza i Kujaw w Bydgoszczy. - No, bardzo ciekawa techniczna wyprawa nam się zrobiła. Dwadzieścia pięć osób uczestniczyło, a panowie z
radia byli dobrze przygotowani - cieszy się pan Jerzy.
Jak się organizuje taką wycieczkę? Najpierw trzeba dwa-trzy dni poklikać, żeby znaleźć ciekawy zakład pracy. - Jak znajdę coś odpowiedniego, wysyłam maile do firmy z pytaniem, czy można się wprosić. I do koleżeństwa z Koła Terenowego Stowarzyszenia albo Sekcji Automatyki Pomiarów z informacją.
Z planowanych przez internet wypraw nic by nie wyszło, gdyby kilka lat temu żona nie wypchnęła pana Jerzego na kurs dla seniorów w domu kultury Modraczek. Wcześniej nie wiedział nawet, do czego służy komputerowa myszka. Teraz sieć nie ma przed nim tajemnic.
- Chciałam zaktywizować męża - tłumaczy Czesława Boguszewska, sama klikająca aktywnie od dawna. - Zawsze był w ruchu, pracował w biurze projektów w Zachemie. A w domu mi marniał. Teraz dzięki temu internetowi inny człowiek się zrobił.
Jerzy Boguszewski spędza w sieci dwie-trzy godziny dziennie: - I muszę zmykać, bo jeden komputer mamy w domu, a żona też lubi po sieci troszeczkę pokrążyć.
Mail od dziadka z załącznikiem Mieczysław Krygier, 78 lat Na zdjęciu: czterolatka o ciemnych włosach zadziornym spojrzeniu wspięła się na oparcie kanapy. W ręku ma duży mikrofon połączony kablem z magnetofonem. Śpiewa coś, co właśnie na poczekaniu wymyśliła. Zdjęcie ma tę niepowtarzalną kolorystykę, jakby zrobiono je w latach 80., a nie teraz.
- Podkręciłem lekko kolory w komputerze, wyostrzyłem kontury, no i zrobił się całkiem nowy obrazek - mówi z dumą pan Mieczysław. To jego wnuczka jest na zdjęciu.
Takich zdjęć Mieczysław Krygier robi kilka dziennie i poprawia je. A potem rozsyła rodzinie. Wnuki, dzieci, brat - wszyscy oni dostają codziennie nowe listy z kolorowymi lub czarno-białymi załącznikami. W ten sposób tworzy się na nowo rodzinny album Krygierów.
- Rodzina rozsiała się po świecie. Brat na przykład mieszka w Radomiu. Jak miałbym z nimi się komunikować? Internet jest tu niezastąpiony. Zresztą ja nie tylko mailuję z nimi. Mam opanowane i Gadu-Gadu, i
Skype'a.
Wszystkiego nauczyli go cztery lata temu dwaj synowie. Pokazali, jak zainstalować sobie pocztę, jak z niej korzystać. I co zrobić, żeby zdjęcie - jedno z kilkuset trzymanych w albumach - znalazło się najpierw na płycie (elektroniczne archiwa danych to konik pana Mieczysława), a następnie - po zmniejszeniu rozmiaru - u odbiorcy e-poczty.
Co traci, przesiadując po trzy godziny dziennie w sieci? - Chyba nic - mówi z namysłem. - Dużo za to zyskuję. Ćwiczę umysł, utrzymuję ścisły kontakt z rodziną. No ale są też korzyści namacalne. Zauważyłem na przykład, że ostatnio poprawił mi się wzrok. Na pewno wyostrzył się od wpatrywania się w ekran. W końcu to też jest jakiś rodzaj gimnastyki dla oczu, prawda?