http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Internet nasz powszedni

Jacek Kowalski
2010-02-16, ostatnia aktualizacja 2010-02-16 09:09

ZOBACZ TAKŻE
Didżeje w sieci

Mateusz Madej, Jakub Kołodziejski, gimnazjaliści z Tuczna

Nie ma tak, żeby ich rodzice nie gonili od kompów. Codziennie gonią.

- No ja na przykład siedzę przed ekranem jakieś siedem godzin non stop. Przeginam? - zastanawia się głośno Jakub (14 lat). I sam sobie odpowiada: - Wcale nie. Jak się chce oblukać wszystko, co trzeba, to tego czasu jest i tak za mało.

- Ja klikam krócej. Pięć-sześć godzin dziennie - dopowiada Mateusz (13 lat).

Co trzeba oblukać w sieci? Chłopaki są fanami piłki. Kuba da się pokroić za Lecha, Mateusz - za Legię, więc koniecznie zaglądają na stronki obu drużyn. Nieważne, co innego robią: czy oglądają fotoblogi koleżanek, czy grają w "Metin2" albo "The West" - witrynki piłkarskie są otwarte w tle non stop.

- No oczywiście, do tego trzeba doliczyć to, co się siedzi w szkole - mówi Kuba. A w szkole w sieci też siedzą niewąsko - do dwóch godzin dziennie. Muszą: dyrektorka kazała.

Parę miesięcy temu, jak się okazało, że obaj chłopcy świetnie sobie radzą z komputerami (zaczęli przygodę z internetem cztery lata temu), dyrektor Maria Geppert wymyśliła, że zrobi ich szkolnymi didżejami. Kuba i Mati musieli zainstalować na szkolnych kompach "Aresa", za pośrednictwem którego ciągną (legalnie!) muzykę z sieci. Rodzice zrzucili się na mikser i tak - dzięki internetowi - życie chłopaków stanęło na głowie.

Teraz mają mało prywatnego czasu. Obstawiają do dwóch zabaw miesięcznie, przecież w jednym budynku mieści się przedszkole, podstawówka i gimnazjum. Zawsze jest więc gdzieś zabawa, na której trzeba zapodawać grube bity. - Mów mi didżej Tenit - proponuje Jakub. Mateusz smutnieje: nie dorobił się żadnej ksywki.

Obora online

Krzysztof Świtaj, rolnik, 48 lat

Na Krzysztofa zawsze trzeba czekać. No, ale jak się ma dobrze prosperujące gospodarstwo i 42 krowy, to zawsze jest coś do zrobienia. Czekającemu jednak czas się nie dłuży. Żona Danuta podaje ciepłe pączki i wyśmienitą kawę. - Chce pan zobaczyć krowy? - pyta pomiędzy jednym łykiem kawy a drugim. Chcę.

Danuta Świtaj odpala stojącego na pianinie laptopa połączonego siecią z oborą i prezentuje 42 kolorowe punkciki zamknięte w jakimś kole. To krowy - każda jest opisana; każda ma na szyi elektronicznego czipa, za pośrednictwem którego komunikuje się z komputerem w domu Świtajów. Dzięki temu widać, która ile daje mleka, która się ma cielić itp. Program ściągnęli z internetu i zrobili sieć wewnętrzną obora - dom. Taki intranet.

Sam internet - z którym Krzysztof bliżej się zaprzyjaźnił cztery lata temu - pomaga w prowadzeniu gospodarstwa. - Dzięki niemu łatwo ogarniam wszystkie kredyty, a mam ich kilka. Płacę też rachunki bez wychodzenia z domu - mówi. Na wsi to duże ułatwienie: - Kiedyś trzeba było wrócić z obory, przebrać się, umyć i na pół dnia jechać do miasta, żeby wszystko popłacić. ZUS za pracownika, którego zatrudniam, KRUS, raty bankowe, światło, faktury za paszę, telefon... Teraz siadam wieczorkiem, godzina i wszystko porobione.

Mieszkają niemal na odludziu. Jak ich zasypało niedawno, internet służył im za okno na świat. - Nadal regularnie płacę rachunki, sprawdzam kwoty mleczne, ściągam materiały szkoleniowe, bo przecież dzisiaj rolnik ciągle musi się dokształcać, komunikuję się z producentami. Latem wiem, czy będzie padać i jak planować robotę w polu. Aha, niedawno na Naszej-klasie znalazłem kolegów ze studiów. Po 25 latach. Jednego w Australii. No, nieźle sobie pogadaliśmy - uśmiecha się.

Poza tym Świtajom, ludziom ogromnie towarzyskim, sieć służy zwyczajnie jak wszystkim - do kontaktów. Wysyłają dziennie kilka maili, udzielają się na Naszej-klasie. Bez internetu - zawaleni robotą - nie mieliby na życie towarzyskie czasu.

Ewangelizator z GG

Marcin Kwiatkowski, ksiądz, 31 lat, Kruszwica

Ks. Marcin to obserwator. W szkole, w której uczy, bacznie wypatruje osób z problemami. Podchodzi, bierze od nich numer "gadulca", a potem stara się im pomóc, choćby dobrym słowem. - Sieć to błogosławieństwo dla kapłana, który wie, co z nią zrobić - podkreśla. - Zainstalowałem się w internecie na dobre jakieś dziesięć lat temu i dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez niego.

Na studiach w seminarium założył sobie pierwszą pocztę na Wirtualnej Polsce. Maila wysłał kontrolnego - do znajomego. Tej skrzynki używa do dzisiaj. To jego jedyny stały adres od studiów. Jak nie ma kolędy, w internecie siedzi jakieś dwie-trzy godziny dziennie. A właściwie to "nocnie", bo tylko nocą ma czas.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':