http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rząd w internecie strzela na oślep

Tomasz Grynkiewicz, Rafał Zasuń
2010-02-05, ostatnia aktualizacja 2010-02-05 16:16

Przy pracach nad projektem ustawy o cenzurze w sieci rząd zachowuje się jak rewolwerowiec z Dzikiego Zachodu - najpierw strzela, potem pyta - komentują Tomasz Grynkiewicz i Rafał Zasuń

Rafał Zasuń
Fot. Gazeta
Rafał Zasuń
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Donald Tusk ma dziś dyskutować z internautami i organizacjami pozarządowymi o ustawie blokującej strony internetowe. To już trzecie podobne spotkanie. W poprzednim tygodniu postulatów internautów wysłuchali minister Michał Boni i szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak. Gotowość do kontaktów nadzwyczajna. Szkoda tylko, że premier na spotkanie zaprasza, gdy projekt ustawy jest już praktycznie gotowy. Ustawa wprowadzi Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych, by zablokować dostęp do stron hazardowych, pedofilskich i ułatwiających oszustwa finansowe.

Premier Tusk zapowiada, że wytłumaczy internautom, iż władze będą reagowały (czytaj: blokowały), gdy na stronach internetowych dostrzegą "działania ewidentnie przestępcze". Powinien jednak tłumaczyć coś zupełnie innego:

•  Dlaczego rząd poczuł potrzebę dyskusji dopiero wtedy, gdy zaczęły się masowe protesty? I chce rozmawiać, dopiero gdy projekt już przyjął? Czy to nie zwykła zagrywka, by uspokoić internautów, którym przecież w dużej mierze PO zawdzięcza sukces wyborczy?

•  Gdzie podziały się konsultacje społeczne przy projekcie tak drastycznie ingerującym w internet? Twierdzenia, że między kolejnymi wersjami wsłuchiwano się uważnie w głosy krytyczne m.in. w mediach, a czas na dyskusje jeszcze będzie, bo projekt musi ocenić Komisja Europejska, zakrawa na kpinę z procesu legislacyjnego.

•  Dlaczego rząd proponuje najostrzejszy wariant cenzury, o niefortunnej nazwie Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych? Dlaczego nie rozpoczął dyskusji o tym, czy tego samego efektu nie można osiągnąć inaczej, np. edukując społeczeństwo na temat zagrożeń w sieci? Dlaczego nie rozważa innego rozwiązania - by dostawcy internetu blokowali strony, ale dopiero na życzenie klienta? Wówczas każdy sam decydowałby, od jakich treści chce uchronić siebie i swoje dzieci. Także np. od pornografii - której w rejestrze nie ma. Rząd mógłby wprowadzić taki obowiązek, nawet tworząc zachęty w formie grantów dla operatorów.

•  Dlaczego uzasadnienie blokowania stron internetowych jest tak lakoniczne? Możemy przeczytać jedynie, że ma służyć ochronie społeczeństwa przed „skutkami niektórych negatywnych zjawisk”.

•  Dlaczego rząd walkę z hazardem i niepłaceniem podatków przez wirtualnych bukmacherów uzasadnia ochroną nieletnich? Wygląda na to, że witryny pedofilskie i ułatwiające oszustwa finansowe dopisano, by zamknąć usta krytykom projektu, których rząd ustawia jako stronników pedofilii. Zauważyły to organizacje zajmujące się ochroną dzieci w sieci, mówiąc wprost o „szantażu moralnym”.

•  Dlaczego - skoro blokować strony mają dostawcy internetu na własny koszt - rząd także ich nie zapytał o zdanie? Rząd dopiero pod koniec prac oszacował koszty rejestru na 5 mln zł, tylko nie wiadomo, jak to policzył. Zdaniem operatorów kwota jest wzięta z sufitu - ustawa jest tak niejasna, że równie dobrze może to być 15 i 50 mln zł. A koszty operatorzy i tak przerzucą na klientów. W Wlk. Brytanii, gdy pracowano nad projektem odcinania od sieci notorycznych piratów, wyliczono nawet, ile gospodarstw może zrezygnować z internetu wskutek wyższych cen.

Rząd musi zrozumieć, że internauci nie bronią pedofilii w sieci. Jeśli Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych przejdzie w parlamencie, to czy rząd (ten lub następne) oprze się pokusie, by jeszcze silniej cenzurować internet? Łatwo przecież dopisać kolejne strony poza pedofilią i hazardem. Politycy mają ciągoty do ograniczania wolności słowa - wystarczy przypomnieć uchwalony przez koalicję PiS-LPR-Samoobrona przepis, który pozwalał skazać na trzy lata więzienia za "publiczne pomówienie narodu polskiego o udział w zbrodniach komunistycznych lub nazistowskich". Na szczęście Trybunał Konstytucyjny uznał go za niezgodny z konstytucją. Kto jednak zagwarantuje, że w przyszłości do rejestru nie zostaną dopisane strony "zniesławiające naród polski"?

Przy każdej okazji ministrowie szumnie ogłaszają upowszechnienie dostępu do sieci. Jeśli Tusk chce być zapamiętany jako przywódca, który wprowadził internet pod strzechy, to nie może grać z internautami w ciuciubabkę w tak ważnej sprawie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów