Choć filozof wygłosił przed trybunałem płomienną mowę obrończą, większość spośród 501 sędziów (w Atenach urząd ten sprawowali obywatele wybrani w losowaniu) uznała go za winnego. Został skazany na śmierć. Jego główny oskarżyciel wybrał sposób egzekucji: Sokrates miał wypić truciznę - cykutę. Na takie wymuszone samoukaranie godziło się ateńskie prawo. Filozof nie chciał mu się sprzeciwiać, gdyż wierzył, że sprawiedliwość zawsze wymaga posłuszeństwa ojczyźnie. Sokratesa odprowadzono do więzienia i trzymano pod strażą jeszcze dni 30, czekając, aż wróci statkiem z wyspy Delos świąteczna procesja ku czci Apollina. W tym czasie nie można było bowiem w ateńskiej polis wykonywać wyroków śmierci. Przez miesiąc zatem codziennie odwiedzali skazańca w celi przyjaciele i rodzina. W końcu jednak przyniesiono mu nieszczęsny puchar z trucizną.
Na kilka wieków przed pojawieniem się chrześcijaństwa Europa zyskała jednego z największych swoich męczenników. Nie minęło wiele czasu, a w samych Atenach śmierć Sokratesa uznano za tragiczną pomyłkę. Nieustanny wyrzut sumienia stanowił sam akt oskarżenia przez stulecia przechowywany w ateńskim archiwum państwowym (zwanym Metroon).
Ile Sokratesa w Sokratesie Za tę wiecznotrwałą rehabilitację odpowiada najsłynniejszy z uczniów Sokratesa - Platon. To dzięki literackiemu geniuszowi Platona Sokrates został świeckim świętym zachodniej cywilizacji. Sam nigdy bowiem nie napisał nawet zdania. Pozostawił co prawda garstkę mniej czy bardziej słynnych wychowanków. I tak: Antystenes był założycielem filozoficznej szkoły cyników; Euklides stał się liderem megarejczyków, co wyłapywali w wypowiedziach logiczne sprzeczności, a Arystyp przewodził sławiącym rozkosze hedonistom-cyrenaikom. Choć pewnie wszyscy oni uważali Sokratesa za myśliciela nad myślicielami, raczej w niewielkim tylko stopniu dzięki ich myślom i działaniom przypisuje mu się centralne miejsce w dziejach filozofii greckiej. Co innego zatem sprawiło, że filozofów żyjących przed Sokratesem zwiemy presokratykami. Bez wątpienia za taki stan rzeczy odpowiedzialny jest Platon i jego dialogi.
O Sokratesie wiemy jeszcze co nieco z innych źródeł. Pisał o nim całkiem sporo inny jego uczeń - zdolny wojak, pisarz i historyk Ksenofont. Jego "Wspomnienia o Sokratesie", "Obrona Sokratesa" i "Uczta", gdy je porównać z platońskimi dokonaniami, nie wydają się zbyt błyskotliwe. Obok Platona i Ksenofonta literacki wizerunek Sokratesa zostawił nam też w swych "Chmurach" znakomity komediopisarz Arystofanes. Trudno jednak w tej komedii dostrzec więcej niż kąśliwą kpinę na tego, co niezaprzeczalnie na obywateli Aten musiał wywierać wpływ wielki.
Gdyby nie platońskie dialogi znany byłby pewnie dziś prawie wyłącznie historykom starożytności jako ateński ekscentryk, którego dziwactwa interesowały tylko komicznych poetów. Dzięki Platonowi stał się on na wieczność, jak pisał
Leszek Kołakowski, "mistrzem naszym, mistrzem Europy". Ma zatem Sokrates w stosunku do swego ucznia wielki dług, ale przecie to samo można powiedzieć i o Platonie. Czyż bowiem nie dzięki zagadkowemu i budzącemu podziw oraz (no, powiedzmy, że zazwyczaj) sympatię Sokratesowi platońskie dialogi wciąż się znajdują na listach bestsellerów? To literatura, która wciąż potrafi urzekać. Nikt raczej nie odważyłby się tego powiedzieć o uczonych traktatach Arystotelesa, Tomasza z Akwinu czy Kanta.
Ten Sokrates nie pozostawił po sobie żadnego dzieła, żadnego cytatu, o którym potrafilibyśmy orzec, że jest bezsprzecznie sokratejski. Od wieków toczone są uczone spory, co Sokrates naprawdę myślał i mówił, a co zawdzięczamy twórczej inwencji Platona. I podobnie jak w przypadku Jezusa, który też żadnych pism własnych nie stworzył, dyskusja ta daleka jest od ostatecznych rozstrzygnięć. Przyjmuje się zwykle, że w dialogach napisanych niedługo po śmierci swego mistrza (tzw. wczesnych) Platon dość wiernie oddaje poglądy Sokratesa. Zwykle zalicza się do nich "Obronę" (Apologię) i "Eutyfrona". To jednak tylko przypuszczenia naukowców. Ile w tych dialogach wiernego portretu nauczyciela, a ile literackiego i filozoficznego geniuszu ucznia - nie sposób dociec. Nie wiemy, dlaczego Sokrates opisywany przez Ksenofonta wydaje się dość pospolity i banalny w porównaniu z obrazem czcigodnego (choć bywa, że złośliwego) mędrca, jaki wyłania się z platońskich dialogów. Czyż "platoński" Sokrates mógłby chcieć zostać - nawet w żartach - rajfurem pewnej znanej ateńskiej hetery? Wątpliwe. A takie pragnienie wyraża w jednym z ustępów "Ksenofontowych Wspomnień"...
Brzydal z magnetyzmem w oku Co wiadomo na pewno? Ten najpierwszy (nie w chronologii, lecz co do rangi) wśród helleńskich filozofów dysponował urokiem nieodpartym. Urok ten jednak nie brał się z cielesnej urody. Dostępne przekazy nie pozostawiają co do tego złudzeń: Sokrates był szpetny. Miał szeroki, płaski i zadarty nos, wąskie mięsiste usta oraz - jak sam opisuje siebie w "Uczcie Ksenofonta" - "brzuch nadmiernie otyły". Ów samokrytycyzm nie był zresztą przesadny, skoro - o czym wiemy z tego samego dzieła - pewny siebie Sokrates stanął kiedyś do "konkursu piękności" z przystojnym Kritobulosem. Niemile go też zaskoczył werdykt jurorów, którzy wszystkie głosy oddali na jego rywala. Podejrzewał szczerze, że sędziowie zostali przekupieni. Arystofanes zaświadcza w "Chmurach", że Sokratesa powszechnie w Atenach uznawano za brudasa. Wedle Platona nawet najbliżsi przyjaciele przyznawali, że niezwykłym widokiem było zobaczyć go świeżo wykąpanego. Chodził boso, nosił wyświechtane ubrania i wyglądał niechlujnie. Nigdy nie miał pieniędzy i nie martwił się, skąd weźmie najbliższy posiłek. Jego stary płaszcz był obiektem nieustannych żartów. Na swoim procesie otwarcie mówił przed trybunałem, że "całe życie nie siedział cicho i nie dbał o to, o co się troszczy wielu: o pieniądze, o dom, o strategię, mowy na zgromadzeniach, urzędy, sprzysiężenia, obywatelskie spiski". Nie znaczy to, że wszystkie te rzeczy Sokrates uznawał za złe. Ascezy bowiem nie wychwalał ani nikomu jej nie zalecał. Abstynentem nie był, ale nikt nigdy nie widział go pijanym do nieprzytomności (aczkolwiek delirium przytrafiało się jego kompanom). Choć tańczyć ponoć lubił, jego wizerunek przedstawiony ze swadą przez Tuwima w "Sokratesie tańczącym", gdzie filozof w bardzo wskazującym na spożycie stanie dziarsko podryguje na ateńskim rynku, każąc uchodzić z drogi "cnocie, prawdzie, pięknu, bogom", mocno jest przesadzony.
Nie skarżył się na ubóstwo. Nie był też tchórzem - wziął udział w kilku wojennych bitwach. Nie wykazywał się zatem dzielnością wyłącznie w słownych potyczkach. Zaznał przyjemności związanych z życiem rodzinnym, dochował się ponoć trzech synów. Choć wielu postronnych w jego ukochanej małżonce Ksantypie widziało wyjątkową jędzę, sam Sokrates - jak relacjonuje Ksenofont - żył sobie z nią w najlepsze, widząc w tym pożyciu cel wart poświęceń. Mówił, że "chcąc żyć i utrzymywać z ludźmi towarzyskie stosunki, taką właśnie niewiastę pojąłem za żonę, bo dobrze wiedziałem, że jeśli z nią potrafię wytrzymać, zdobędę taką wprawę, że z łatwością będę mógł współżyć ze wszystkimi innymi ludźmi". Nie wiadomo, czy swój nieodparty magnetyzm Sokrates właśnie Ksantypie zawdzięczał, ale faktem jest, że ten pochodzący z nizin społecznych brzydki mężczyzna, który beztrosko zaczepiał przechodniów na ateńskich ulicach, z łatwością zyskiwał sobie przychylność oraz podziw nawet pięknych i wyniosłych arystokratów.
Być może jego siła przyciągania tkwiła w sposobie, w jaki patrzył na ludzi. Przyglądał się ponoć innym w niezapomniany, lecz trudny do opisania sposób. W zachowanych świadectwach przeczytać można, że "gapił się z szeroko otwartymi oczyma", "spozierał spode łba jak byk" i "łypał z prawa na lewą". Żartował nawet, że jego wystające z orbit oczy "mogą widzieć na boki, nie tylko przed sobą". Po kilku wiekach Cyceron przytoczył pewną znamienną wypowiedź niejakiego Zopyrusa, którą najpewniej jako pierwszy zanotował ukochany przyjaciel Sokratesa - Fedon. Otóż ów Zopyrus, który trudnił się odczytywaniem cech charakteru z twarzy, ujrzał w wyglądzie Sokratesa wiele oznak występnej i rozpustnej natury (nie w oczach filozofa je jednak dostrzegał, lecz w jego grubych, zmysłowych ustach). Znajomi Sokratesa wyśmiali Zopyrusa, bo znali wstrzemięźliwy tryb życia ich mistrza. Sokrates sam jednak wziął Zopyrusa w obronę, mówiąc, że to prawda, iż jest w nim pożądanie, ale pokonane przez rozum. Łatwo pewnie pokonywać rozumem pożądanie, gdy przy boku ma się nieznośną Ksantypę. Czy jednak tylko ku niej zwracał Sokrates swe cielesne pragnienia?
Garnęli się przecież do niego młodzieńcy (wśród nich Platon), których wdziękom trudno było się oprzeć. A przecie erotyczne związki między mężczyznami zdarzały się w ówczesnych Atenach często i nie były szczególnie ganione. Z pewnością przystojni młodzieńcy mocno na Sokratesa działali. Bez wątpienia też w ich towarzystwie czuł się najszczęśliwszy. Wiedzieli oni jednak, że od Sokratesa mogą się spodziewać jedynie wspaniałej przyjaźni i rozmów, jakie nieustannie pobudzały bieg ich własnych myśli. Wedle relacji z platońskiej "Uczty" piękny Alkibiades, znany skądinąd ateński wódz i polityk, tak wielkie znajdował upodobanie w słowach Sokratesa (porównywał nawet jego mowy do
gry na flecie mitycznego Marsjasza, który do muzycznego konkursu stanął z samym bogiem Apollinem), że, nie bacząc na brzydotę filozofa, próbował go cieleśnie uwieść. Liczne wysiłki spełzły jednak na niczym, bo, choć Sokrates na wdzięki Alkibiadesa nie był nieczuły, potrafił rozumem pożądanie opanować.
Ksenofont w swych "Wspomnieniach" inną jeszcze notuje historię. Razu pewnego prominentny filozof i polityk Kritiasz próbował uwieść młodzieńca z otoczenia Sokratesa - Eutydema. Kiedy dyskretne napomnienie nie dało rezultatu, Sokrates, widząc, jak ów źle zachowuje się w rozmowie w obecności Eutydema i kilku innych jego znajomych, bez ogródek oznajmił przy wszystkich, że "Kritiasz odczuwa świńską potrzebę, ponieważ pragnie potrzeć się o Eutydema i kilku innych jego znajomych nie inaczej niż świnia o kamień". Nie wydaje się tedy, aby męsko-męską rozwiązłość Sokrates wśród swych uczniów propagował. Dla innych zatem powodów wielu z nich wytrwało przy nim aż do śmierci.
Kto jest najmądrzejszy ze wszystkich Wedle zgodnego świadectwa Platona i Ksenofonta najstarszy uczeń Sokratesa, - Chajrefont, udał się kiedyś do wyroczni Apollina w Delfach z zapytaniem, czy istnieje człowiek mądrzejszy od Sokratesa. Otrzymał od Pytii odpowiedź, że Sokrates jest najmądrzejszy ze wszystkich. Wiadomo, że ów bardzo słowa delfickiej wyroczni wziął sobie do serca. Zastanawiał się nad nimi i - jak pisała autorka najbardziej znanej polskiej monografii życia i myśli Sokratesa Irena Krońska - "doszedł do wniosku, że tym, czym góruje on nad wszystkimi ludźmi, nie jest wiedza, bo tej nie posiada, tak samo jak inni, lecz świadomość własnej niewiedzy, którą ma tylko on jeden; inni swoją niewiedzę biorą za wiedzę, on natomiast mądrzejszy jest w tym, że zdaje sobie z niej sprawę: wie, że nic nie wie. Od tej chwili uważał za swoje posłannictwo, boskie, gdyż objawione przez wyrocznię Apollina, ukazywać ludziom pozorność ich rzekomej wiedzy, uświadamiać im ich niewiedzę". Różnił się w tym bardzo od najpopularniejszych filozofów tamtego czasu - sofistów, którzy posiadaniem wiedzy chełpili się wielce a za jej przekazywanie żądali sowitych honorariów.
Kultura umysłowa demokratycznych Aten była bowiem zorientowana praktycznie. Zgodnie z powszechnym przekonaniem miała być ściśle złączona z życiem politycznym miasta-państwa. "Jeżeli obalone zostały dawne prawa - jak słusznie argumentuje Krońska - powołujące się na sankcję religijną, i prawem staje się to, co uchwali na swym zgromadzeniu lud, to dobrym politykiem będzie ten, kto zaproponuje ustawę dla państwa korzystną i dzięki swej wymowie potrafi uzyskać dla niej większość. Potrzebna jest więc znajomość rzeczy oparta na wykształceniu i umiejętność przekonywania, czyli retoryka. Głosicielami tego nowego wzorca kultury byli właśnie sofiści, którzy w Atenach peryklesowych znaleźli podatny grunt dla szerzenia swej nauki". Dzięki wiedzy można było tedy w klasycznej ateńskiej demokracji odnieść sukces, także materialny. Jednak Sokrates ze swoim: "Wiem, że nic nie wiem" nie bardzo pewnie był użyteczny praktycznym Ateńczykom. Musiał za to nieźle ich denerwować, gdy zaczepiał ich na miejskich ulicach i placach, nieustannie wystawiając na próbę niewzruszone, wydawałoby się, przekonania i wiary.
Zatem najpewniej nie bez powodu Arystofanes w "Chmurach" ukazał Sokratesa w jego "dumalni", zaznaczając, że panuje w niej nieopisany brud i ubóstwo. Bo filozof bierze wprawdzie za swe nauki pieniądze, lecz nie cieszy się taką estymą jak słynni sofiści i dlatego zarabia niewiele. Co więcej, aby się pożywić, zmuszony jest nawet od czasu do czasu ukraść kawał mięsa. Pewnie wiele w tym obrazie przerysowania i satyry (Sokrates ponoć za swe nauczanie w ogóle wynagrodzenia nie pobierał). Nie ulega jednak wątpliwości, że los wielkiego filozofa nawet w ceniących wiedzę starożytnych Atenach niekoniecznie bywał usłany różami.
Nie był jednak Sokrates w oczach Ateńczyków dobrodusznym bratem łatą, skoro zdecydowali się skazać go w końcu na śmierć. Choć na podstawie dialogów Platona można by mniemać, że Sokrates wszedł w konflikt ze swoimi współobywatelami na skutek nawoływania ich do cnoty (co, przyznajmy, nigdy pewnie nikomu sympatii nie przydaje), trudno jakoś uznać, aby mógłby to być główny powód oskarżenia. Bo sokratejska cnota wcale nie wydawała się Ateńczykom niewinna. Jedyna jej definicja, jaką Sokrates przedstawił w swoich wielu bezowocnych próbach jej określenia, utożsamiała cnotę z wiedzą. Jednak - jak słusznie zauważył w swej świetnej książce o Sokratesie Isidor F. Stone - "jeżeli cnota jest wiedzą, to należy przypuszczać, że podobnie jak innych form wiedzy można się jej wyuczać. A skoro można się jej wyuczać, to nie jest ograniczona do nielicznych, do starej ziemiańskiej arystokracji, ale jest dostępna dla wielu, dla rozrastającej się klasy średniej kupców i rzemieślników, a nawet dla pospólstwa. A jeżeli wielu posiada cnotę, to wielu ma kwalifikacje do udziału w rządzeniu miastem i nie można im tego udziału odmówić".
Pospolitość rządzi stadem Sokrates jednak o rządzonej w ten sposób polis mówił, że "jest stadem", w którym zwykle do głosu dochodzi nie cnota a pospolitość. Uważał, że dla "doskonalenia duszy" z czynnego uczestnictwa w życiu polis, którą nie rządzą ludzie szczególnie cnotliwi, lepiej się wycofać. Ateńczycy nie widzieli najpewniej w takiej postawie li tylko zarozumialstwa. Wielki tragik Sofokles i pierwszy dziejopis Hellady Herodot zgodnie przyznawali - i to za życia Sokratesa - że zostać człowiekiem pozbawionym państwa (apolis) oznaczało los straszliwy. Jeśli zatem ktoś o własnej polis wyrażał się z pogardą, nie zasługiwał na wielkie względy. Tym bardziej że Sokrates głosił przecie wszem i wobec, że cnota to wiedza, ale prawdziwa wiedza jest nieosiągalna nawet dla niego. Znaczyło to też tyle, że zwyczajni ateńscy zjadacze chleba, nawet jeśli są obywatelami, nie mają ani cnoty, ani wiedzy niezbędnej do decydowania o sobie. Poglądy takie bez wątpienia nie mogły się podobać ateńskim demokratom. Podobać się za to musiały bardzo wywodzącemu się ze starej arystokracji Platonowi, który zrobił z nich później użytek, kreśląc w swym "Państwie" dość dziś nas przerażającą, totalitarną wizję państwa rządzonego przez władców-filozofów.
Sokratesa przede wszystkim interesowała prawda odkrywana w nieustannym dialogu z innymi. Mawiał, że chciał być (jak jego matka) akuszerką prawdy, która, choć gotowa, dopiero w błyskotliwej rozmowie wydostawała się z ukrycia i odsłaniała zarówno w jego własnej, jak i jego rozmówców świadomości. Mimo to sam Sokrates przyznawał, że słucha przebywającego w nim dajmoniona (czyli opiekuńczego ducha). Możemy w nim się domyślać boskiej siły moralnej, która dla filozofa pozostawała autorytetem najwyższym. W swej mowie przed sądowym trybunałem, którą tak wspaniale odtworzył Platon w "Obronie", Sokrates wyznał to dobitnie, choć niewątpliwie wiedział, że słowa takie jeszcze bardziej w oczach sędziów go pogrążą: "Ja was, obywatele, kocham całym sercem, ale posłucham boga raczej aniżeli was i póki mi tchu starczy, póki sił, bezwarunkowo nie przestanę filozofować i was pobudzać, i pokazywać drogę każdemu, kogo tylko spotkam [...] Tak rozkazuje bóg, dobrze sobie to pamiętajcie, a mnie się zdaje, że wy w ogóle nie macie w państwie nic cenniejszego niż ta moja służba boża. Bo przecież ja nic innego nie robię, tylko chodzę i namawiam młodych spośród was i starych, żeby się ani o ciało, ani o pieniądze nie troszczył jeden z drugim przede wszystkim, ani tak bardzo jak o duszę, aby była jak najlepsza [...] Bo jeśli mnie skażecie, to niełatwo znajdziecie drugiego takiego, który by tak, śmiech powiedzieć, jak bąk z ręki boga puszczony siadał miastu na kark; ono niby koń wielki i rasowy, ale taki duży, że gnuśnieje i potrzebuje jakiegoś żądła, żeby go budziło. I zdaje mi się, że czymś takim dla miasta ja właśnie jestem, od boga mu przydany...".
Mimo nalegań uczniów Sokrates nie uciekł z ateńskiego więzienia. Cykutę wypił i na wieki stał się wzorem mędrca. Dla kolejnych pokoleń wciąż jest bąkiem, który żądło swe wbija w ospałe ludzkie umysły.
Cytaty z dialogów Platona podane są w tekście w przekładzie Władysława Witwickiego.
Korzystałem m.in. z książek: Arystofanes "Chmury", przeł. Artur Sandauer, Warszawa 1964; Diogenes Laertios "Żywoty i poglądy słynnych filozofów", przeł. Irena Krońska, Kazimierz Leśniak, Witold Olszewski, Warszawa 1988; Anthony Gottlieb, "Sokrates - męczennik filozofii", przeł. Wojciech J. Bober, Warszawa 1998; W. K. C. Guthrie, "Sokrates", przeł. Krzysztof Łapiński i Sławomir Żuławski, Warszawa 2000; Leszek Kołakowski "O co nas pytają wielcy filozofowie", seria I, Kraków 2004; Adam Krokiewicz "Zarys filozofii greckiej", Warszawa 1995; Irena Krońska "Sokrates", Warszawa 1989; Ksenofont "Pisma sokratyczne", przeł. Leon Joachimowicz, Warszawa 1967; Ryszard Palacz "Sokrates", Zielona Góra 1994; Isidor F. Stone "Sprawa Sokratesa", przeł. Lech Jęczmyk, Poznań 2003; Gregory Vlastos "Studies in Greek Philosophy", Princeton 1995.