W 1967 kanadyjski piosenkarz Paul Anka usłyszał francuską piosenkę "Comme d'habitude". Spodobała mu się i uzyskał prawa do angielskiej wersji, ale nie miał na nią dobrego pomysłu.
Dwa lata później siedział w towarzystwie Franka Sinatry, który mówił mu, jak bardzo ma dość show-biznesu, i zapowiadał przejście na emeryturę (co rzeczywiście nastąpiło rok później). Po powrocie do domu Anka wystukał na maszynie do pisania pierwszą linijkę wyobrażonego pożegnania Sinatry ze swoimi wielbicielami: "teraz, gdy zbliża się koniec...".
W przypływie błyskawicznego natchnienia wyrzucił z siebie resztę jednego z największych przebojów wszech czasów "My Way" Franka Sinatry. Z oryginalnym tekstem wykonywali go Presley, Pavarotti, Nina Hagen i Sid Vicious. Trzy różne polskie przekłady spopularyzowali zaś: Stachursky ("Żyłem jak chciałem"), Michał Bajor ("Moja droga") i zespół Raz, Dwa, Trzy ("Idź swoją drogą").
Piosenka opowiada o człowieku, który stojąc u kresu swojej drogi, spogląda wstecz na życie - i mówi z dumą, że chociaż wprawdzie żałuje paru rzeczy, to jednak z dumą ponownie akceptuje każdy swój przeszły wybór. Egzystencjalizm to prąd filozoficzny, który tak właśnie definiuje sens życia.
Zapoczątkował go na początku XIX wieku duński filozof Soren Kierkegaard, który przekleństwo ludzkiego losu porównał do praojca Adama. Gdy ten sięgał po zakazany owoc, nie wiedział jeszcze, że czyni zło - bo ta wiedza nadeszła dopiero po jego spożyciu.
Wszyscy dokonujemy wyborów, o których skutkach dowiadujemy się dopiero po ich dokonaniu. Prowadziło to Kierkegaarda do bardzo ponurego spojrzenia na sens ludzkiego życia: jesteśmy skazani na ciągłe dokonywanie wyborów w niepewności, a jak już ich dokonamy, mamy ochotę samemu sobie dać kopa za to, w co się w wpakowaliśmy przez własną głupotę.
Dwudziestowieczni egzystencjaliści, jak Jean Paul Sartre czy Albert Camus, powiedzieli na to, że owszem, ludzkie życie samo z siebie nie ma sensu, ale nie oznacza to, że należy załamać ręce i się pochlastać. Każdy z nas może sam nadać sens swojej egzystencji (osiągając tym samym "esencję"), po prostu poświęcając swoje życie jakiejś sprawie, idei, służbie publicznej.
Człowiek, który osiągnął esencję, będzie o swoim życiu śpiewać tak jak Sinatra: owszem, było ciężko; owszem, niektórych rzeczy się żałuje. Ale jednak człowiek, który dochował wierności wyznaczonym sobie ideałom, może powiedzieć na łożu śmierci: "żyłem, jak chciałem".
Co ironiczne, pierwotna francuska piosenka "Comme d'habitude" Claude'a Francois i Jacques'a Revaux opowiada z kolei dla odmiany o człowieku, którego egzystencja kompletnie pozbawiona jest esencji (czyli sensu). Dzień po dniu upływają mu na robieniu w kółko tego samego, stąd oryginalny tytuł: "Jak zwykle".
Egzystencjalizm krytykowany jest z wielu punktów widzenia. Filozofowie marksistowscy, zwłaszcza Adorno i Marcuse, uważali egzystencjalizm za projekcję lęków drobnomieszczanina w zaawansowanym kapitalizmie, który jak kupi akcje, to się boi bessy (a jak sprzeda, to się boi hossy). Filozofowie analityczni z kolei dowodzili, że cały egzystencjalizm to tylko skutek nieprecyzyjnego posługiwania się różnymi znaczeniami czasownika "być".
Niezależnie od tego dla każdego z nas pozostaje to chyba najważniejszym pytaniem z dziedziny filozofii: czy patrząc wstecz na swoje życie, powiemy, że upłynęło nam na bezsensownym robieniu różnych rzeczy "tak jak zwykle", czy też z dumą za Sinatrą i Stachurskym powtórzymy "żyłem, jak chciałem"?
Źródło: Gazeta Wyborcza