Jak żyć ze stratą? To źle postawione pytanie, bo nie ma życia bez straty. Ciągle coś tracimy - bliskich, urodę, zdrowie, marzenia - i innego życia nie mamy.
Powinniśmy więc być w traceniu świetnie wytrenowani. A jednak zawsze boli. To dobrze, że boli. Przeżywanie bólu po stratach jest podstawą naszego rozwoju emocjonalnego. Nasz świat wewnętrzny rozpada się wtedy na kawałki, które musimy na nowo mądrze poskładać. Jeśli to potrafimy - wiele możemy zyskać. Większą dojrzałość, odporność psychiczną, mądrość.
Płakać? Tak. Płacz jest zdrowy. Kiedyś przyszedł do poradni mężczyzna: "Żona umarła miesiąc temu, a ja ciągle płaczę, niech mi pani coś na to da". Nie ma na to leku, nie da się zrobić, żeby nie bolało.
Ile to ma trwać? W naszą kulturę wpisana jest zasada, że w żałobie chodzi się rok. I to jest słuszne. Czerń jest znakiem: ta osoba przechodzi przez trudny czas, należy jej się spokój i przestrzeń, żeby mogła zająć się sobą.
Na co nam ten rok? W slangu psychologicznym nazywa się to "pracą żałoby". To bardzo ciężkie zadanie. Mówiąc w skrócie: zmagamy się w tym czasie z rzeczywistością, z którą nie chcemy się pogodzić. W przypadkach skrajnych to nieuznawanie może przybrać postać chorobliwą, na przykład matka, która straciła
dziecko, upiera się, że lalka jest jej dzieckiem. Zazwyczaj jednak problem sprowadza się do niemożności uznania psychicznej rzeczywistości straty.
Joan Didion w poruszającej książce "Rok magicznego myślenia", będącej zapisem jej żałoby po śmierci męża, doskonale to ilustruje. Zauważyła na przykład, że przerażało ją zamieszczenie nekrologu w gazecie, bo oznaczałoby to, że on naprawdę umarł; w noc po jego śmierci upierała się, że musi zostać sama w domu - "bo on może wrócić"; jeszcze wiele miesięcy po pogrzebie nie mogła wyrzucić butów męża - "bo będzie potrzebował ich, gdy wróci".
Didion ujmuje trudności, z jakimi się zmagała, w jednym zdaniu: "Oczywiście wiedziałam, że John umarł. A jednak nie byłam w stanie przyjąć tej wiadomości jako ostatecznej". Innymi słowy wiedza o stracie przez długi czas może współistnieć w naszym umyśle z nieprzyjmowaniem jej do wiadomości jako ostatecznej. Praca żałoby polega przede wszystkim na stopniowym badaniu rzeczywistości i przyjmowaniu jej.
"Byliśmy tu razem na wakacjach - ale jego już nie ma". "Znalazłam w szafie jego poplamiony sweter - pamiętam, jak wylał na niego
wino. Plama przetrwała, a jego nie ma". Z każdą myślą, wspomnieniem, obrazem, z każdym dniem żałobnik rozpoznaje i uznaje stratę, stopniowo, krok po kroku, "wycofując" wcześniejsze zaangażowanie. Oczywiście towarzyszy temu ogromny opór - któż chciałby rozstawać się z ukochaną osobą? W fantazjach więc możemy tej stracie zaprzeczać, tworzyć alternatywną wersję wydarzeń lub na rozmaite sposoby podtrzymywać wiarę w dalszą obecność osoby, która odeszła. Jednak - jak napisał Freud w artykule "Żałoba i melancholia" - "wydaje się normalne, że ostatecznie respekt przed rzeczywistością odnosi zwycięstwo".
W końcu zapominamy o utraconej osobie? Wręcz przeciwnie. Rozpoznanie rzeczywistości straty - podstawowy element przepracowania tego dramatu - oraz "wycofanie" zaangażowania nie oznacza, że zapominamy o niej lub przestajemy ją kochać.
Najlepiej chyba proces przepracowania żałoby opisał pewien starszy mężczyzna, który opowiadał o stracie ukochanej żony. Przez wiele miesięcy dużo o niej myślał, oglądał zdjęcia. "Aż w końcu poczułem, że wszystkie jej dobre cechy stały się w pewnym sensie częścią mnie". Żałoba dobiega końca, gdy po - często trwającym miesiące lub nawet lata - "wycofywaniu" zaangażowania w relację z utraconą osobą w świecie zewnętrznym staje się ona dobrym obiektem w naszym świecie wewnętrznym.
Co to jest "dobry obiekt"? Poczucie bezpieczeństwa, równowaga psychiczna, zadowolenie z życia, poczucie szczęścia - dla osiągnięcia i utrzymania tych stanów ducha potrzebujemy pewności, że kochamy i jesteśmy kochani. Innymi słowy - odwołam się tu do terminologii psychoanalitycznej - potrzebujemy dobrych obiektów. Musimy wierzyć, że w naszym świecie - zewnętrznym i wewnętrznym - trwale obecne są osoby, wartości, z którymi czujemy więź.
Nasz świat wewnętrzny zaludniają też "złe obiekty". I to od dziecka. W pierwszym roku życia dziecko musi wykonać ogromną pracę, by zbudować podstawy zdrowia psychicznego. Początkowo czuje się skrajnie zagrożone i prześladowane przez te złe obiekty, bo nie ma jeszcze w jego psychice pewnego i stabilnego dobrego obiektu. Wprawdzie matka, która karmi i przytula, jest obiektem dobrym, ale dziecko nie potrafi utrzymać tego wspomnienia w momentach, gdy matki przy nim nie ma - dla niego brak matki dobrej oznacza, że pojawiła się matka zła.
Te właśnie uczucia ożywają w nas w momencie straty - świat przestaje być miejscem bezpiecznym, a utrata tego przekonania prowadzi do wzmocnienia silnego lęku przed złymi obiektami. Innymi słowy czujemy, że zniszczeniu uległ nasz świat wewnętrzny. Kiedy rozpoczynamy proces żałoby, na głębszym poziomie raz jeszcze przeżywamy wszystkie straty, z jakimi zmagaliśmy się od początku życia, i ponownie stajemy przed koniecznością odbudowy naszego wewnętrznego świata. To czyni proces żałoby jeszcze bardziej bolesnym i trudnym. Ale jednocześnie - bardziej twórczym i dającym nadzieję na odbudowę i naprawę także tych wcześniejszych zniszczeń.