Ostatni film Stanleya Kubricka, "Oczy szeroko zamknięte" z 1999 roku, podzielił krytyków. Fabuła filmu krąży wokół fantazji głównego bohatera (Tom Cruise) o zdradzeniu swojej żony (Nicole Kidman), w skądinąd szczęśliwym i kochającym się małżeństwie.
Negatywne recenzje krążyły wokół zarzutu "anachronicznej obyczajowości". "Czy przyznanie się do jednorazowej i nieskonsumowanej namiętności może wstrząsnąć podstawami współczesnego amerykańskiego małżeństwa?" - pytał Paweł Mossakowski.
W pozytywnych recenzjach podkreślano z kolei, że ludzkie emocje są ponadczasowe. Bez względu na to, jak bardzo jesteśmy nowocześni i wyzwoleni, kłamstwo partnera sprawia nam przykrość. Nie ma tu nic anachronicznego.
Że ludzka obyczajowość - a razem z nią podejście do zdrady - zmieniała się ostatnio z dekady na dekadę, łatwo możemy sobie uświadomić, oglądając amerykański serial "Mad Men" (w Polsce od 2008). Jego akcja dzieje się na początku lat 60. w fikcyjnej nowojorskiej agencji reklamowej i znaczna część uroku tego serialu polega na ciągłym szokowaniu widza tym, że chociaż upłynęło tak niewiele czasu, to obyczajowo żyjemy już w zupełnie innej epoce.
Bohaterowie beztrosko robią rzeczy, które nam się kojarzą z kodeksem karnym albo przynajmniej towarzyskim ostracyzmem. Obmacują w biurze swoje asystentki, a my już dzisiaj - mądrzejsi choćby o błędy posła Łyżwińskiego - wiemy, że "Kto przez nadużycie stosunku zależności doprowadza inną osobę do czynności seksualnej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3".
Co więcej, choć są żonaci lub zaręczeni - nie widzą nic złego w małym skoku w bok. Miłość, wierność i szczęście małżeńskie uważają za marketingowe wymysły. Sami je w końcu wymyślają. Jak to pewnej kobiecie wyjaśnia główny bohater Don Draper: "Miłość to pojęcie wymyślone przez facetów takich jak ja, żeby kobietom takim jak ty sprzedawać pończochy".
W czasach, w których ma miejsce akcja serialu "Mad Men", w wielu krajach nie ma jeszcze legalnych rozwodów. W roku 1961 dzieje się komedia Pietro Germiego "Rozwód po włosku", w której Marcello Mastroianni
gra męża zdesperowanego, by się pozbyć swojej żony (Daniela Rocca). Jedynym wyjściem jest podsunięcie jej kochanka, żeby móc ją potem zabić i uzyskać niski wyrok, bo sąd w tej sytuacji uzna to za "zabójstwo honorowe".
Do połowy lat 70. rozwód był albo niedostępny, albo był trudno osiągalny, bo np. nie istniała instytucja "rozwodu bez orzekania winy", a więc tak czy siak podsunięcie małżonce lub małżonkowi kochanka było najskuteczniejszą metodą. Nawet bez intencji morderczych, jak w włoskiej komedii. Do dziś w
USA zresztą instytucji "rozwodu bez orzekania winy" nie ma w stanie Nowy Jork.
Przelotny seks Gdy śledzimy obraz małżeństwa w popkulturze, pojawia się pewien paradoks. Uproszczenie dostępu do rozwodu zbiega się z przełomem w traktowaniu zdrady, ale odwrotnie, niż można by się tego spodziewać na pierwszy rzut oka.
Właśnie gdy rozwód stał się stosunkowo łatwo dostępny, zdrada przestała być tematem traktowanym z przymrużeniem oka, a zaczęła być traktowana poważnie. Z farsy stała się dramatem.
Przełomem był thriller Adriana Lyne "Fatalne zauroczenie" z 1987 roku. W tym filmie pewien atrakcyjny nowojorski prawnik (Michael Douglas), ogólnie zadowolony ze swojego udanego małżeństwa, wykorzystuje wyjazd żony i córki na przelotny romans z kobietą, którą poznał przez służbowe kontakty (Glenn Close).
Okazuje się jednak, że "przelotny" był on tylko w jego mniemaniu, bo przygodna kochanka traktowała to bardziej serio. Kobieta próbuje więc zabić siebie, a potem rodzinę głównego bohatera i jego samego.
Film ówczesna krytyka interpretowała jako alegoryczny obraz AIDS - pod koniec lat 80. choroby nowej i groźnej, często postrzeganej jako kara za grzeszne prowadzenie się.
Zmiana kulturowego obrazu przelotnego seksu rzeczywiście zbiega się ze strachem przed tą chorobą, ale z dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że zależność jest odwrotna: właśnie dlatego, że pojawienie się AIDS zbiegło się z przemianą obyczajową, tą chorobą przejęliśmy się bardziej niż np. wirusowym zapaleniem wątroby typu C (które przenosi się w podobny sposób wśród tych samych grup ryzyka).
Zmiana polegała zaś po prostu na uświadomieniu sobie, że "przelotny seks" to mit, bo nigdy do końca nie wiadomo, czy obie strony traktują go równie przelotnie. A jeśli nawet to deklarują, to czy z obu stron ta deklaracja jest równie szczera.
Kalendarz z kochankami Przed obyczajowymi przemianami ten problem rozwiązywano stosunkowo prosto (przynajmniej w związkach heteroseksualnych): po prostu nikogo w gruncie rzeczy nie obchodziło, co myśli kobieta.
W komedii romantycznej "Boeing, Boeing" z 1965 roku Tony Curtis gra amerykańskiego dziennikarza na placówce w Paryżu, który romansuje z kilkoma stewardesami różnych linii lotniczych. Nie wiedzą one nawzajem o swoim istnieniu, bo główny bohater utrzymuje skomplikowany kalendarz pozwalający mu pozbywać się z
mieszkania pamiątek po jednej dziewczynie akurat w sam raz, gdy następna ląduje w Paryżu.
System ulega niestety coraz większej komplikacji w miarę, jak upowszechniają się szybsze samoloty. Znaczna część komizmu w tej farsie polega na próbach nadążenia głównego bohatera za rosnącym ruchem na lotnisku Orly.