http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Francuskie związki tracą wigor

Konrad Niklewicz
2010-10-25, ostatnia aktualizacja 2010-10-25 20:54

Setki milionów euro dziennie traci francuska gospodarka z powodu strajków. Część pensji tracą także ich uczestnicy. I dlatego rząd ma nadzieję, że protesty przeciwko reformie emerytalnej zaczną w końcu wygasać

Jednym ze skutków strajków są góry śmieci
Fot. Laurent Cipriani AP
Jednym ze skutków strajków są góry śmieci
Od 200 do nawet 400 milionów euro - tyle zdaniem francuskiej minister finansów i gospodarki Christine Lagarde mogą kosztować francuską gospodarkę przedłużające się protesty przeciwko reformie emerytur. W wywiadzie dla stacji Europe1 Lagarde ostrzegła, że szczególnie cierpi przemysł chemiczny, jeden z filarów francuskiej ekonomii. - Bo on szczególnie potrzebuje dostaw produktów petrochemicznych - podkreśliła.

Cierpią także inne dziedziny gospodarki. Np. linie lotnicze Air France mogą tracić nawet 5 mln euro dziennie. Tracą hotele (liczba gości zmniejszyła się o 3 proc. - jak wylicza branżowa organizacja Protourisme, cytowana przez dziennik "Le Figaro"), tracą sklepy - sieć Carrefour skarży się, że 300 z jego 1200 stacji benzynowych ma kłopoty z dostawami paliwa, przez co klienci mniej chętnie przyjeżdżają na duże zakupy.

Łączne dotychczasowe straty francuskiej gospodarki - licząc od początku protestów - szacuje się na 1,6-3,2 mld euro. Francuska prasa już spekuluje, że strajki mogą przyhamować i tak niezbyt duży wzrost gospodarczy (rząd planował 1,6 proc. wzrostu PKB w 2010 r.). - Nie powinniśmy obciążać odbudowy gospodarczej - apelowała Lagarde. - Stawką jest inwestycyjna atrakcyjność naszego kraju.

To związkowców jednak nie rusza. Wciąż blokują składy paliw i zatrzymują pracę rafinerii. Związki zawodowe (zwłaszcza mocno lewicowe CGT i komunizujące Force Ouvriere) nawołują do kolejnych dni strajku generalnego.

Ich protesty na razie nie przyniosły żadnego efektu, bo legislacyjny walec toczy się do przodu. Francuski senat przyjął nowelizację prawa i teraz trafi ona pod ostateczne głosowanie w izbie niższej francuskiego parlamentu. Prezydent Nicolas Sarkozy bezzwłocznie ustawę podpisze i w połowie listopada wejdzie ona oficjalnie w życie.

Dlaczego rząd francuski nie postąpił tak, jak gabinet Alaina Juppe w latach 90., który ugiął przed protestami? Prezydent Nicolas Sarkozy nie ma już właściwie nic do stracenia - jego notowania już są najniższe w historii.

Poza tym rząd liczy na zmęczenie samych pracowników (choć żaden z polityków nie odważy się powiedzieć tego otwarcie). Zgodnie z francuskim prawem uczestnictwo w strajku oznacza utratę części pensji proporcjonalną do długości przestoju. W przeszłości jednak zdarzało się, że jednym z warunków zakończenia strajku - zwłaszcza w sektorze publicznym - była wypłata pełnych wynagrodzeń. Teraz nikt już tego związkom nie proponuje.

Pracownicy już więc zaczynają wyłamywać się z protestu. W poniedziałek za powrotem do pracy zagłosowała załoga rafinerii Petroplus z Reichstett. Ruch kolejowy we Francji już prawie wrócił do normalnego stanu, kursują cztery na pięć ekspresów TGV.

Rządowi sprzyja także kalendarz. Związki zawodowe apelują o kolejny dzień strajku generalnego w czwartek, a potem - w przyszłym tygodniu. Akurat w czasie, gdy wielu Francuzów będzie korzystać z 12-dniowej przerwy w pracy z okazji Wszystkich Świętych i szkolnych ferii.

  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':