http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Cityboys znów się bawią na całego, czyli życie bankierów w Londynie

Nina Hałabuz
2010-03-19, ostatnia aktualizacja 2010-03-19 21:07

- Kiedy brytyjskie banki w tym roku wypłaciły bonusy, w powietrzu było czuć gniew. Ale nic się nie stało - ludzie nie wyszli na ulice. Społeczeństwo tkwi w politycznej apatii - mówi Geraint Anderson, autor kontrowersyjnej książki "Cityboy" o życiu bankierów w londyńskim City

Geraint Anderson, autor książki
fot. EAST NEWS
Geraint Anderson, autor książki "Cityboy"
Anderson przez 12 lat pracował jako analityk sektora użyteczności publicznej w bankach inwestycyjnych, m.in. Société Général i Dresdner Kleinwort. W 2005 i 2006 r. zajmował drugie miejsca w corocznym rankingu analityków swojej branży opracowywanym przez agencję Reuters. Kiedy odchodził, zarabiał 620 tys. funtów rocznie, z czego 500 tys. stanowiła premia. W książce opowiedział o bankowych przekrętach, milionowych premiach i seksizmie.



Nina Hałabuz: Przez 12 lat pracował pan w stolicy światowej finansjery. Pisze pan o sobie, że był "jednym z tysięcy egoistycznych, nadętych bufonów, którzy przy każdej okazji przechwalają się, ile kasy zarobili". I tak jak oni dla rozrywki wlewał pan w siebie hektolitry szampana, wciągał kokainę i imprezował w klubach ze striptizem. City naprawdę tak wygląda?

Geraint Anderson: To, co opisałem, to w 80 proc. prawda. "Cityboy" ma oddać atmosferę pełną stresu, cynizmu, walki o kasę, wszechobecnego seksizmu. Ale tak samo jak główny bohater Steve Jones to nie do końca ja, tak samo pozostali bohaterowie pokazują raczej typy ludzkie, z którymi się zetknąłem, niż rzeczywiste osoby.

Kryzys cokolwiek zmienił?

- Był krótki czas, kiedy ludzie udawali, że nic już nie jest takie samo, że oni się zmienili. Ale wróciły premie, wróciła chciwość. Od kilku miesięcy muzyka znów gra, wszyscy znów tańczą. Kluby są pełne. Ludzie wciągają kokainę. Striptizerki znowu mają robotę.

Co na to podatnicy? Przecież rząd brytyjski wpompował w system bankowy ponad 850 mld funtów.

- Kiedy banki zaczęły znowu wypłacać premie, było trochę dyskusji. Szefowie banków tłumaczyli, że jeśli nie wynagrodzą swoich ludzi, ci najlepsi odejdą. Bo mogą pracować wszędzie: w Nowym Jorku, Szanghaju, Dubaju, i pojadą tam, gdzie zapłacą im najwięcej. Więc chłopcy z City dostali premie, a w kraju nic się nie stało - ludzie nie wyszli na ulice, nie było protestów, manifestacji, wybitych szyb. Społeczeństwo tkwi w politycznej apatii.

Jak ludzie z banków inwestycyjnych patrzą na nauczycieli, lekarzy, kierowców autobusów, którzy zarabiają rocznie 5 proc. tego co oni?

- Uważają ich za frajerów, którzy nie potrafią maksymalizować zysków. W City liczy się tylko kasa, a to, ile zarabiasz, świadczy o tym, jak jesteś dobry i szanowany. Więc nauczyciel, którego roczna pensja to 20 tys. funtów, jest poza najniższą ligą. Jest wart jedną dziesiątą tego co młody makler.

Opisuje pan tych facetów jako bandę seksistów.

- Większość z nich interesują tylko pieniądze i rywalizacja, ale dla wielu dziewczyn nie ma to żadnego znaczenia. Wręcz przeciwnie - przez to, że Cityboys całe życie spędzają w pracy, one mają więcej czasu na zakupy. A w kryzysie, kiedy większość ludzi martwi się o pracę i pieniądze, chłopcy z City z kieszeniami wypchanymi szmalem mają u dziewczyn jeszcze większe powodzenie. Przykro mi to mówić, zwłaszcza w rozmowie z dziennikarką z Polski, ale w londyńskich klubach aż roi się od dziewczyn z Europy Wschodniej, które przyjechały chyba tylko po to, żeby upolować nadzianego bankiera. Są wyjątkowo piękne - szczególnie w porównaniu z Angielkami - więc każdy chłopak z City chce mieć taką laskę, żeby kumple mu zazdrościli.

Piękne dziewczyny, mnóstwo forsy - i odszedł pan z takiego raju?

- Postanowiłem odejść, gdy zostawiła mnie dziewczyna, z którą chciałem się ożenić, a przyjaciele i rodzina stwierdzili, że poza kasą nie ma już ze mną o czym rozmawiać. W 2007 r. już pojawiły się pierwsze mocne sygnały kryzysu na amerykańskim rynku kredytowym i wiedziałem, że zaczną się kłopoty. Poza tym miałem dość pieniędzy, żeby móc robić w życiu to, na co mam ochotę.

W książce opisuje pan, jak menedżer jednego z funduszy hedgingowych puszcza wśród analityków z banków inwestycyjnych plotkę, że jedna ze spółek, w którą sam zainwestował, ma zostać przejęta. Liczy na to, że akcje podrożeją, a on je wtedy sprzeda. Przez ostatnie półtora roku bankom inwestycyjnym zarzucano granie na walutach, spekulowanie przeciwko całym krajom, manipulowanie informacjami. Oczywiście zaprzeczały. Pańskim zdaniem kłamały?

- Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. W tym biznesie jest jedna zasada - zarobić jak najwięcej kasy w możliwie najkrótszym czasie. W bankach poszczególne zespoły specjalizują się w różnych branżach i mają na ich temat ogromną wiedzę. I chociaż między nimi powinny stać "chińskie mury", to ludzie przekazują sobie nawzajem poufne informacje i je wykorzystują. Rozsiewają na rynku plotki, żeby wpłynąć na ceny akcji, obligacji, kursy walut. Albo kupują poufne informacje z rynku, płacąc dziesiątki tysięcy dolarów.

Sam inwestowałby pan na giełdzie?

- Ludziom się wydaje, że na giełdzie można grać i zarabiać. Ale tak naprawdę żeby rzeczywiście zarobić, trzeba mieć dostęp do poufnych informacji - ten biznes jest superopłacalny, ale tylko dla ludzi, którzy są w środku. Ja już nie jestem, więc raczej nie inwestowałbym na giełdzie. No, chyba że miałbym do dyspozycji naprawdę ogromne pieniądze.

  • 50 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    45 głosów