http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Komisja hazardowa #31.1. Rosół przed komisją: Żałuję, że nie powiedziałem "idź do diabła"

Agata Kondzińska
2010-02-18, ostatnia aktualizacja 2010-02-18 16:44

Marcin Rosół przed komisją hazardową
Marcin Rosół przed komisją hazardową
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja

Ryszarda Sobiesiaka traktowałem jak zwykłego petenta, nie wiedziałem co to są dopłaty, nie miałem pojęcia o akcji CBA, nie byłem źródłem przecieku - oświadczył przed komisją śledczą Marcin Rosół, były szef gabinetu politycznego Mirosława Drzewieckiego.

Marcin Rosół pojawił się w Sejmie około godziny 9.40
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Marcin Rosół pojawił się w Sejmie około godziny 9.40
SERWISY
Zdenerwowany w towarzystwie adwokata pojawił się w Sejmie na przesłuchaniu przed komisją hazardową. Skorzystał z prawa do swobodnej wypowiedzi i przez prawie godzinę odczytywał swoje oświadczenie. - Mam 31 lat, jestem u progu kariery zawodowej, a po wpisaniu mojego nazwiska w wyszukiwarkę wyskakuje: przestępca, oskarżony, podejrzany. Źle się z tym czuję. Pokazuje się moją osobę jako przykład zepsucia młodego pokolenia. Źle się z tym czuję, bo nigdy nie byłem o nic podejrzany - rozpoczął swoje wystąpienie.



Do ministerstwa sportu trafił w lipcu 2008 roku jako doradca Drzewieckiego, w grudniu został szefem jego gabinetu politycznego. Odszedł z niego w dniu rezygnacji ministra 5 października 2009 roku. Nigdy nie interesował się ustawą hazardową, nie wiedział co to są dopłaty, a pisanie i mówienie, że ustawa miała finansować Euro 2012 to nieporozumienie, bo ten projekt miał być finansowany z budżetu państwa. Powtórzył to, co Mirosław Drzewiecki, że pismo z 30 czerwca 2009 roku, w którym resort wycofywał się z dopłat, było urzędniczym błędem Rafała Wosika, dyrektora w ministerstwie. - Tłumaczył, że pismo można różnie interpretować i że nie ma ono mocy prawnej, bo nie trafiło na komitet stały rady ministrów - opowiadał Rosół.

Stwierdził, że jedyną informacją jaką po spotkaniu z premierem 19 sierpnia przekazał mu Drzewiecki, było to, że w budżecie zagwarantowano pieniądze na budowę stadionu. Nic więcej. - Nie brałem udziału w pracach , nie byłem źródłem, ani ogniwem przecieku. Kamiński barwnie przedstawił strzępy faktów, patrząc w sufit stawiał tezy o haniebnych czynach, niektóre fakty pominął, inne pomieszał w czasie. Nie są rzetelne. Rozpoczął rozgrywkę z rządem.

Użył mojej osoby jako pionka, który nie ma rodziny, nie ma znajomych, nie ma pracy. Chciał uderzyć - bronił się Rosół. I wytykał, że Kamiński zeznając celowo używał zwrotów: być może, prawdopodobnie, by w ten sposób zabezpieczyć się przed odpowiedzialnością karną za pomówienie.

Jak Rosół poznał Sobiesiaka - petenta

Poznali się we wrześniu 2008 roku na kolacji w hotelu Royal w Krakowie. Rozmawiali o golfie. A Sobiesiak przedstawił się jako biznesmen z branży turystyczno- hotelowej. Napomknął, że z winy urzędników jego inwestycja nie może być otwarta, chodziło o wyciąg w Zieleńcu. - Powiedziałem, że nie znam sprawy, dałem mu swoją wizytówkę, powiedziałem żeby się odezwał jak będę w Warszawie. Myślałem,że może paraliż nastąpił w naszym resorcie - wyjaśniał śledczym Rosół.



Sobiesiak grzecznościowo poprosił go czy może mu przefaksować decyzję z ministerstwa środowiska - zgodę na wylesienie. Ona już była gotowa. Przefaksowałem, nie znam treści pisma, na nic nie wpływałem - mówił. I zapewnił, że jego wyjazd na przełomie stycznia i lutego do Zieleńca nie mógł być formą zapłaty za załatwienie decyzji (co sugerował Kamiński). - Nie wymusiłem żądnej decyzji. Nie była to żadna łapówka, nikomu nic nie załatwiałem - tłumaczył.

Sobiesiaka traktował jak zwykłego petenta, dlatego gdy ten zadzwonił do niego w kwietniu lub maju 2009 roku z pytaniem czy przetarg na lokal przy Mickiewicza w Warszawie może być ustawiony, wykonał telefon do szefa rady miejskiej Żoliborza i zapytał czy to prawda. Usłyszał, że nie może być prawda, bo przetarg nawet nie został jeszcze ogłoszony. - Powiedziałem Sobiesiakowi, by zainwestował w człowieka, posadził go pod komputerem, on mu przypilnuje terminu przetargu - dowodził Rosół. - Czy jeden telefon oznacza, że pilotowałem przetarg? -pytał retorycznie.

Leszkiewicz do Rosoła: Dajcie kogoś kompetentnego do Totalizatora

Nowy wątek pojawił się, gdy Rosół zaczął opowiadać jak Magdalena Sobiesiak starała się o posadę w zarządzie Totalizatora Sportowego. - O tym, że będą zmiany w radzie nadzorczej i zarządzie spółki dowiedziałem się w maju 2009 roku od Adama Leszkiewicza, wiceministra skarbu.

To on zaproponował, by ministerstwo sportu zgłosiło swojego przedstawiciela do rady nadzorczej (ostatecznie trafiła tam Monika Rolnik z resortu sportu) i zapytał Rosoła, czy zna kogoś kto ma kompetencje, by wejść do zarządu TS. Jeśli tak, niech powie tej osobie, że będzie konkurs i niech ona startuje. - To się zbiegło z rozmowami z Sobiesiakiem, jego córka chciała odejść z rodzinnego biznesu, pytał czy wiem coś o konkursach, powiedziałem, że będzie konkurs w Totalizatorze - opowiadał Rosół. - Sobiesiak powiedział, że córka wystartuje i zapytał jakie kroki trzeba podjąć. Poprosiłem o CV, przesłałem je do ministra Leszkiewicza, by ocenił czy to są te kwalifikacje. Pozytywnie się wyraził o jej kwalifikacjach. 23 lipca ukazało się ogłoszenie o konkursie - mówił Rosół.

Potem spotkał się na początku sierpnia 2009 roku z Magdaleną Sobiesiak, by przejrzeć dokumenty, które ta chciał złożyć w konkursie.

W Pędzącym króliku tylko o donosach

Gdy Marcin Rosół spotkał się w Pędzącym Króliku z Magdaleną Sobiesiak 24 sierpnia 2009 roku to tylko po to, żeby powiedzieć jej, że Marek Przybyłowicz będzie pisał na nią donosy. - W połowie sierpnia Andrzej Kawa powiedział mi, że Marek Przybyłowicz chodzi po mieście i opowiada, że w Totalizator próbuje opanować łódzka mafia. Pan minister Drzewiecki i Monika Rolnik są z Łodzi. A ja wiem, że córka znajomego kandyduje, to zaraz będzie, że Przybyłowicz ma rację i zarzuci nepotyzm - opowiadał. Najpierw porozmawiał z Moniką Rolnik, która przyznała, że ona też dostała donos. Dlatego potem Rosół spotkał się z Magdaleną Sobiesiak i przekazał jej swoje zastrzeżenia. Wcześniej o pismach Przybyłowicza rozmawiał z Drzewieckim 17 lub 18 sierpnia. - Poinformowałem ministra, że nie jest najlepszym pomysłem, by córka Sobiesiaka kandydowała. Minister zgodził się ze mną, że to zły pomysł, dlatego umówiłem się z nią - mówił Rosół. - I powiedziałem, że sugeruję jej, by wycofała aplikację, bo on będzie zatruwał życie jej, ojcu, ministrowi, mi - tłumaczył Rosół.

Pismo Marka Przybyłowicza do Moniki Rolnik

Pat w komisji, pokazać Rosołowi dokument czy nie?

Na czterdzieści minut przerwała komisja śledcza przesłuchanie Marcina Rosoła, by dowiedzieć się czy można pokazać świadkowi maila, którego wysłał do Adama Leszkiewicza, wiceministra skarbu 26 czerwca 2009 roku, z CV Magdaleny Sobiesiak i zanim ogłoszenie o konkursie o naborze do władz Totalizatora ukazało się w prasie. Miał w nim napisać, że Magdalena Sobiesiak jest osobą rekomendowaną przez ministerstwo sportu do zarządu Totalizatora Sportowego. Bartosz Arłukowicz, śledczy z Lewicy chciał wiedzieć czy Rosół takiego maila wysłał. Ten poprosił, by okazać mu dokument, bo nie pamięta. Nie wie też dlaczego napisał, że jest rekomendowana, bo nikt jej nie rekomendował. Poseł przyznał, że posługuje się publikacją prasową. Wtedy Beata Kampa z PiS zapytała, czy nie można pokazać świadkowi dokumentu źródłowego, który jest w tajnej kancelarii Sejmu. Zaczęła się dyskusja. W efekcie postanowiono, że o zgodę należy zapytać prokuratora, bo dokumenty są z postępowania przygotowawczego i objęte są tajemnicą śledztwa. Przewodniczący ogłosił przerwę. W tym czasie sekretariat komisji zapyta o zgodę prokuratora.

Prokurator zgodził się. I Arłukowicz poprosił o kolejną przerwę, by świadek mógł zobaczyć dokument. Ale posłowie PO i PSL byli przeciw, dlatego wniosek padł w głosowaniu. O przerwę może raz jeszcze poprosić Arłukowicz, gdy będzie jego kolej zadawania pytań (każdy śledczy ma 10 minut w danej rundzie), ale prawdopodobnie wcześniej zrobi to Beata Kempa, która w kolejce jest wcześniej.

Rosół cytuje słownik języka polskiego

Po przerwie o którą wystąpiła Beata Kempa, a w której Marcin Rosół zapoznał się z treścią maila, były szef gabinetu politycznego tłumaczy się ze sformułowań, których w nim użył. - Napisałem, że rekomenduję, bo według definicji słownika języka polskiego to słowo oznacza zachwalać, wystawiać pochlebną świadectwo, dlatego tak napisałem - tłumaczy. Przyznał jednak, że zwrotu, że jest to rekomendacja ministerstwa sportu i turystyki, użył bez sensu, bo nikt Magdaleny Sobiesiak nie rekomendował - mówił. Przypomniał po raz kolejny, że o konkursie dowiedział się od Adama Leszkiewicza.

Kto odwiedził Rosoła w ministerstwie? Marcin czy Marek Sobiesiak?

Posłowie przepytują Marcina Rosoła. A z jego zeznań wynika, że ministerstwo sportu było otwarte dla rodziny Sobiesiaków. Raz w resorcie odwiedziła go Magdalena Sobiesiak, by przejrzał jej dokumenty, zanim ta złoży je w konkursie na członka zarządu Totalizatora Sportowego. Innym razem odwiedził go Ryszard Sobiesiak. A jeszcze innym jeden z synów Sobiesiaka. Który? Tego Rosół nie wie. Bo ich nie rozróżnia. - Jest Marek iI Marcin, ale nie wiem, który do mnie przyszedł - opowiada śledczym. Młody Sobiesiak przyszedł, by zapytać czy w ministerstwie sportu jest prowadzony program unijny, który wspiera budowę obiektów sportowych przez przedsiębiorców prywatnych. - Nie, nie ma takiego programu. Szukajcie tego raczej w Regionalnych Programach Operacyjnych - odpowiedziałem.

Dodał, że młody Sobiesiak przedstawiał plany inwestycji w Karpaczu i Zieleńcu, gdzie chcieli budować wyciągi narciarskie.

Śledczy dopytywali też jak doszło do tego, że przefaksował Sobiesiakowi zgodę z ministerstwa środowiska na wycinkę lasu w Zieleńcu. Z kim się kontaktował? Jak się przedstawiał? Kto odpowiedział w resorcie na jego prośbę - chcieli wiedzieć śledczy. Ale nie dowiedzieli się, bo Marcin Rosół nie pamięta. Nie pamiętał też jak często między 15 września (gdy w Krakowie poznał Sobiesiaka) a 22 września (gdy przefaksował mu decyzję) Sobiesiak do niego dzwonił. Wassermann ujawnił, że z bilingów, które ma komisja wynika, że biznesmen osiem razy dzwonił do urzędnika. O różnych porach: tuż przed godz. 10, albo około 18, jak i w ciągu dnia, np. o godz. 13.40. Czego dotyczyły rozmowy? - Przypuszczam, że prosił mnie, bym przefaksował mu tę decyzję - odpowiedział Rosół.

Bronił się, że jest młodym otartym człowiekiem, który każdemu pomoże. - Mam taki charakter, tak mnie nauczono, że jak obywatel zwróci się po pomoc, to należy mu pomóc. Żałuję, że nie wyłączyłem telefonu i nie powiedziałem: idź do diabła. Jeśli mam ponieść konsekwencje za to, że pomagałem ludziom, to poniosę - mówił przed komisją.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 23 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':