Od ponad dwóch tygodni, gdy do
USA z Meksyku dotarła epidemia nowego wirusa grypy H1N1, zgodnie z wytycznymi zamknięto w ponad 20 stanach prawie sto szkół. Jednak rodzice i władze lokalne narzekały na ogromne koszty i uciążliwość takiej operacji. We wtorek po południu nowa sekretarz zdrowia Kathleen Sebelius powiedziała: - Wirus nie jest tak groźny jak jeszcze niedawno myśleliśmy i powiedziała, by władze szkolne zmieniły politykę.
Teraz nie trzeba będzie zamykać całej szkoły, a odwrotnie - władze mają dopilnować, by rodzice trzymali w domu dzieci zarażone grypą przez co najmniej 10 dni.
- W czasie pandemii zamykanie szkół ma sens - tłumaczył dr Richard Besser, szef amerykańskiego Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom. - Ale kiedy sytuacja zbliża się do normalnego [sezonowego] wybuchu grypy, niedogodności zamykania szkół przeważają nad korzyściami.
Nadal, tak jak jest to w szkole moich dzieci pod Waszyngtonem, wszystkie dzieci przychodzące do szkoły z objawami grypy czy silnego przeziębienia będą natychmiast badane na wirusa obecność H1N1.
Także wczoraj USA poinformowały o śmierci drugiej ofiary w tym kraju - kobiety z południa Teksasu, która miała już wcześniej niesprecyzowaną w komunikatach "chorobę chroniczną" i zarażenie grypą osłabionego organizmu okazało się tragiczne. Drugim zmarłym w USA był mały chłopiec, który przyjechał z Meksyku.
W sumie jednak władze oceniają, że choć USA ma najwięcej po Meksyku zarażonych, to w prawie wszystkich wypadkach choroba przebiega dość łagodnie i nie rozprzestrzenia się tak szybko, jak się obawiano. Do wczoraj zanotowano w USA 403 przypadki świńskiej grypy w 40 stanach. Na całym świecie jest ich 1490, w tym ponad 800 w Meksyku. Zmarło 31 osób, 29 w Meksyku. Podczas "zwykłej" sezonowej epidemii grypy umiera w USA około 30 tysięcy osób.