http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czesne powodem do wstydu?

Krzysztof Jóźwiak, Uniwersytet Medyczny w Lublinie
2009-12-14, ostatnia aktualizacja 2009-12-14 15:46

Jeżeli wprowadzenie czesnego jest niesprawiedliwe społecznie, to należy zlikwidować opłaty dla wszystkich studentów, a nie fundować bezpłatne studia wybranym. Właśnie obecny patologiczny system jest powodem do wstydu.

ZOBACZ TAKŻE
Całkowicie nie zgadzam się z tezami Pana Jacka Żakowskiego z artykułu "Czesne wstydu". To obecnie obowiązujący system jest społecznie niesprawiedliwy. System limitowanych studiów bezpłatnych uprzywilejowuje studentów pochodzących z dobrych rodzin, z większych ośrodków. Ich rodzice byli bardziej przewidujący i dodatku stać ich było na zapewnienie dobrej edukacji swoim pociechom. Dobra edukacja pozwalała im lepiej zdać egzaminy maturalne i dzięki temu zakwalifikowali się na bezpłatne kierunki studiów.

Jeżeli wprowadzenie czesnego jest niesprawiedliwe społecznie, to należy zlikwidować opłaty dla wszystkich studentów a nie fundować bezpłatne studia wybranym. Budżetu naszego państwa, które zawsze będzie bardziej zajęte dofinansowywaniem kopalń, stoczni czy rolników raczej nigdy nie będzie na to stać. Alternatywą jest współpłacenie za edukację przez samych studentów i w praktyce taki system istnieje teraz. Poważną pozycją w budżecie każdej państwowej uczelni (która przecież w świetle konstytucji ma kształcić bezpłatnie, a w świetle prawa nie może służyć osiąganiu zysków) są wpływy z czesnego od studentów zaocznych, niestacjonarnych czy określanych jeszcze inaczej. I właśnie obecny patologiczny system jest powodem do wstydu.

Powszechne czesne raczej nie będzie bardzo wysokie i jako takie nie będzie bardzo istotnie wpływało na kondycję finansową uczelnianych molochów. Przypuszczam zresztą, że Ministerstwo Nauki poczułoby się po takiej operacji uprawnione (i słusznie) do pewnego zmniejszenia dotacji celowej na kształcenie studentów, więc bilans Uniwersytetów byłby zbliżony do zera. I tak naprawdę to nie o pieniądze tutaj chodzi. Moim zdaniem wprowadzenie odrobiny zdrowej ekonomii w relację między studentem a uczelnią byłoby bardzo korzystne dla obu stron.

Student z czasem uzyskałby przekonanie, że może od uczelni czegoś wymagać. Klient, który nie płaci, nie może specjalnie narzekać, że produkt, który otrzymuje nie jest odpowiedniej jakości. Niech się cieszy, że w ogóle na darmowe studia się w ogóle załapał. Może nie jest to powszechne, ale każdy kto studiuje/studiował zna przypadki ilustrujące takie zachowania.

Profesorowie mówiący pod nosem zupełnie niezrozumiałe rzeczy, asystenci przychodzący na zajęcia tylko po to, by poprosić, żeby studenci po cichu zajęli się czymś innym czy osławione panie w dziekanatach opryskliwie rozstawiające petenta po kątach. Co byśmy powiedzieli, gdyby podczas wizyty w banku referent poprosiłby nas o poczytanie sobie jakiś czasopism, bo on akurat ma co innego do roboty?

Oczywiście nie jestem fantastą i nie twierdzę, że wprowadzenie jakiejś formy powszechnej odpłatności za studia natychmiast spowoduje, że student zacznie wymagać produktu na najwyższym poziomie. Większości i tak zależy na tym w znikomym stopniu. A i uczelniane władze rzadko pochylają się odpowiednio nad przypadkami braku profesjonalizmu wśród swojej kadry. Ale myślę, że z czasem powinno zacząć się to zmieniać.

Że jest to możliwe przekonują mnie nie tylko obserwacje funkcjonowania ośrodków amerykańskich, ale także studiów dla obcokrajowców prowadzonych w naszym kraju. Moja uczelnia kształci kilkuset studentów z zagranicy na kierunku medycyna. Płacą oni za swoją naukę, nauczyciele otrzymują również dodatkową gratyfikację. Nie wyobrażam sobie, żeby nauczyciel poszedł na takie zajęcia nieprzygotowany, a jeśli by tak robił, to w następnym roku takich zajęć prowadzić najprawdopodobniej nie będzie. Uniwersytetowi bardzo zależy w tym przypadku na opinii samych studentów o poziomie nauczania. Oczywiście podobne ankiety przeprowadzane są wśród polskich studentów, ale w przypadku anglojęzycznych studentów są one pewnie dokładniej analizowane, bo uczelnia po prostu dba o swoje przyszłe dochody. Obcokrajowcy inaczej też traktują swoich nauczycieli. Bardzo często studenci zostają po zajęciach, żeby im coś jeszcze raz wytłumaczyć. Nie jest to niczym nadzwyczajnym, podczas gdy zachowanie takie jest właściwie niespotykane wśród naszych rodzimych studentów. Może to jest różnica kulturowa, ale wierzę, że po części wynika ze świadomości: zainwestowałem swoje pieniądze i chcę to dobrze wykorzystać.

Wprowadzenie mądrego systemu współpłacenia za studia paradoksalnie pomogłoby uczelniom zwiększyć wymagania wobec studentów. Gdyby na przykład powiązać wysokość płaconego przez studenta czesnego ze średnią jego ocen uzyskaną w poprzednim roku (i może wykonaniem pewnych nadobowiązkowych projektów) mamy prosty system dodatkowego motywowania do większego wysiłku. Takie systemy funkcjonują na niektórych uczelniach amerykańskich. A być może swoistym efektem ubocznym wprowadzenia takiej konkurencji wśród studentów byłoby ograniczenie ich skłonności do ściągania i podpowiadania. Tolerowanie takiego zachowania u kolegów byłoby niezgodne z interesem ekonomicznym studenta. A to właśnie rozmiar procederu ściągania oraz brak jego wyraźnego potępienia, to właśnie największy powód do wstydu w systemie Polskiej edukacji.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':