Parę lat temu uczestniczyłem w seminariach prof. Graya w Brytanii i pamiętam jak narzekał, że jeden wykład tygodniowo i jedno seminarium już go całkowicie wyczerpują i że nie wyobraża sobie, by można mieć większe obciążenie. Czy polscy doktorzy i profesorowie są zatem dwa razy lepsi od angielskich kolegów, skoro mają dwa razy takie obciążenie?
Zajrzyjcie do raportu dr. Wagnera z IS, w którym opisuje realia pracy na Uniwersytecie Warszawskim. To wszystko prawda, ale i tak nie cała. Miałem okazję w tym roku uczestniczyć w Komisji Rekrutacyjnej - w Instytucie, który nie prowadzi własnych egzaminów, tylko otrzymuje listę kandydatów z punktacją. Czy wiecie, co musi robić taka komisja złożona z doktorów i profesorów? Przez lipiec i sierpień te kilka osób siedzi na dyżurach, obdzwania jak telemarketerzy kandydatów i pyta, czy na pewno przyniosą dokumenty, potem przyjmujemy te dokumenty, wkłada je do teczek, a następnie wszyscy spędzamy 6-8 godzin rozsyłając powiadomienia. Widok profesora, który zakleja i pieczętuje koperty przez cały dzień nie jest zbyt budujący!
Czemu dopuszcza się takie marnotrawienie kapitału ludzkiego? A potem i tak Inspekcja Pracy wlepia kary dla UW za naruszanie praw pracowniczych (angażowanie do pracy w czasie udzielonego urlopu). Tylko w post-peerelowskiej Polsce są możliwe takie bzdury! Właśnie o to chciałem zapytać panią Rektor Chałasińską - jak to możliwe, że prowadzi instytucję, w której notorycznie narusza się obowiązujące w Polsce prawo.
Jeśli o mnie chodzi, jak tylko upłynie kontrakt - zwijam manatki i wracam na Zachód! Po dwu latach jestem już w stanie depresji. Nie wiem, jak koledzy zatrudnieni tu na stałe wytrzymują to przez całe życie. W dodatku na żebraczych pensyjkach.
Może nad tym się zastanowicie, krytykując kadrę? To męczennicy polskiej nauki!
Źródło: Gazeta Wyborcza