Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
- Wiesz co, ja widziałem kiedyś studenta - przerażonym głosem opowiada jeden z bohaterów popularnego w internecie "Skeczu o nauczycielach" - nocą gdzieś szedł. Jego kolega odpowiada: - Pewnie gwałcić.
Słowa te, wypowiedziane przed studencką publicznością, wywołały salwy śmiechu. Mnie też bawią, ale tylko dopóki nie przypomnę sobie, co wyśmiewają - okropne i absurdalne stereotypy o studentach.
Prawie nikt nie kojarzy studenta z osobą, która chce się rozwijać, która poświęca co najmniej pięć lat, podczas gdy przez ten czas mogłaby na siebie zarabiać. Student to leń, dziwak a nawet złodziej - taka mityczna postać przedstawiana jest w mediach. Jako student myślę, że nadszedł czas, aby powiedzieć: dość!
Po pierwsze, chciałbym, aby ktoś wreszcie docenił, że studiuję. Bo nie muszę. Mógłbym przecież, jak większość rówieśników, bez wyższego wykształcenia ruszyć na podbój fabryk i hipermarketów. Może, przy korzystnych wiatrach, najlepiej w postaci odpowiednich znajomości, dostałbym jakąś wygodną pracę biurową za psie pieniądze. Naprawdę nie mam zamiaru przepraszać za wybranie innej, trudniejszej opcji. Brak perspektyw nie jest nęcącą perspektywą, więc wolę wdychać kurz ze stuletnich książek w czytelni i mieszkać w ciasnym pokoju w akademiku, bo dzięki temu mogę się rozwinąć i w samodzielne życie wystartować z dużo lepszej pozycji.
Studiuję tylko jeden kierunek, więc i tak należę do tych mniej ambitnych studentów. Z podziwem patrzę na osoby siedzące na uczelni od ósmej rano do ósmej wieczorem, zaliczające w każdej sesji po kilkanaście egzaminów. O dziwo, to właśnie oni - najambitniejsi, najbardziej pracowici, Ci, którzy najdobitniej udowadniają, że im się chce - zostali swego czasu przez ministerialnych oszczerców przedstawieni jako zakała polskiego szkolnictwa wyższego. Społeczeństwu został przedstawiony nieprawdziwy (ba, zupełnie nielogiczny!) ich obraz jako cwaniaków i kombinatorów. Zarzucano im nawet rzeczy tak absurdalne, jak przedłużanie studiów, aby zachować zniżki (dla niezorientowanych: nawet studenci mają większość zniżek tylko do 25 roku życia, a koszty studiowania i tak całą akcję czynią bezsensowną).
Oczywiście ta retoryka miała jasny cel - miała zatuszować zamach na prawo do edukacji, czyniąc z niego walkę z patologią. Pracowitość i edukacja jako patologia - to dopiero ironia. Prawie tak gorzka, jak wypominanie studentom obciążania budżetu przez przedstawicieli rządu, który zaczął funkcjonowanie od obniżki podatków dla najbogatszych.
Jednak nie zawsze cel oczerniania studentów jest taki jasny. Odnoszę wrażenie, że student - podejrzany typ to po prostu bardzo modne cliché. Swego czasu nawet na stronie głównej Gazety.pl pojawiła się zakładka "Studia". Bezcelowe jednak było szukanie tam przydatnych dla studiujących informacji. Dominowały teksty takie, jak ten o studentach, którzy wyciągają ze śmietników puszki po konserwach, resztki wrzucają do wrzątku i mają zupę. Oczywiście o ile akurat nie okradają żadnego sklepu. Jeżeli jeden z najpopularniejszych portali serwuje takie bzdury, to jak możemy spodziewać się rozsądnej debaty na temat funkcjonowania uczelni? Przecież kto by chciał dyskutować z takimi degeneratami!
Oczywiście nie chcę powiedzieć, że wszyscy studenci są pilni, piękni i inteligentni. Znam studenta drugiego roku filologii, który na egzaminie z literatury, zapytany o twórców realistycznych, odpowiedział, że nie wie, co to jest realizm, bo on maturę zdawał dawno temu. Znam też przypadek studenta, który uznał, że jedzenie nie jest konieczne, bo jak jest głodny, może iść spać. Ale to są przypadki skrajne, marginalne i anegdotyczne. W żadnym przypadku nie można ich cedować na setki tysięcy polskich studentów!
Nie sądzę, aby obecne czasy powinny być czasem narzekania. Co prawda przechodzimy tymczasowy kryzys, ale w żaden sposób nie jest on związany z kryzysem nauczania. Tak naprawdę stoimy przed wielkimi możliwościami, które dają nam integracja europejska, globalizacja i przede wszystkim bajeczny rozwój technologii. Szkoda byłoby to zaprzepaścić, wzniecając antyinteligenckie nastroje, a takie właśnie nuty można dostrzec w antyakademickiej nagonce. Żyjemy w coraz łatwiejszym, wygodniejszym i przyjemniejszym świecie, dlaczego więc nie potrafimy być tacy dla siebie? Wiem jedno: pisanie pamfletów o studentach (lub wykładowcach) do niczego nie prowadzi, bo przecież realny student ma zupełnie inne problemy, niż ten stereotypowy.