http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zróbmy sobie Oksford

Jerzy Thieme*
2009-10-26, ostatnia aktualizacja 2009-10-27 11:02
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010 na Uniwersytecie Warszawskim
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010 na Uniwersytecie Warszawskim
Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta

Nie będziemy mieć świetnie wykształconych i zdolnych do reformowania kraju elit, jeśli nie będziemy mieć co najmniej kilku doskonałych uczelni - tak jak w Ameryce, w Wielkiej Brytanii czy we Francji

SERWISY

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Majątek narodowy w coraz mniejszym stopniu składa się z fabryk, ziemi, narzędzi i maszyn. Tworzą go wykształcenie, wiedza, umiejętności, zaradność i przedsiębiorczość ludzi. Tymczasem badania naukowe i kształcenie oferowane w Europie jest na ogół średniej jakości, a w Polsce zarówno kształcenie, jak i badania - poza wyjątkami - są niskiej jakości. Według rankingu szanghajskiego w pierwszej dwudziestce światowej superligi uczelni badawczych spośród europejskich uczelni mieszczą się jedynie Cambridge i Oksford. Pierwszy uniwersytet z Europy Centralnej - Uniwersytet Karola w Pradze - jest dopiero w trzeciej setce tego słynnego rankingu, w którym uczelnie są oceniane ze względu na wolumen i jakość produkcji naukowej oraz pozycję naukową kadry. Wśród pierwszych 500 uczelni znalazły się tylko dwie polskie: Uniwersytety Jagielloński i Warszawski, i to w czwartej setce. Kilka lat temu z pierwszej 500 wypadł Uniwersytet Wrocławski.

Polska - masowość kosztem jakości

Symptomów głębokiego kryzysu polskiego systemu szkolnictwa wyższego jest wiele - w europejskim rankingu innowacyjności w 2007 roku polska gospodarka była dopiero na 21. miejscu. Na 115 państw w rankingu Światowego Forum Gospodarczego na 51. miejscu, a polskie ośrodki badawcze - na 54. miejscu . Co roku zgłaszamy do europejskiego urzędu patentowego 2,7 patentu na milion mieszkańców - średnia unijna to 133,6! Jak wynika z międzynarodowych badań opublikowanych przez Lisbon Council w listopadzie 2008 r., studia w Polsce były najmniej przydatne z punktu widzenia rynku pracy wśród 17 badanych krajów.

Dlaczego? Autonomia uczelni bez odpowiedzialności za wyniki powoduje, że o prowadzonych kierunkach studiów i wykładanych przedmiotach decyduje głównie sytuacja kadrowa na uczelni, a nie potrzeby rynku pracy jej absolwentów. Londyński tygodnik "The Economist" podsumowuje tę sytuację następująco: uniwersytety są zarządzane jak feudalne lenno; państwo jest seniorem, profesorowie - wasalami. Profesorowie mają gwarantowane zatrudnienie i gwarantowane warsztaty pracy, czyli zajęcia ze studentami. Operują jak małe przedsiębiorstwa, ale praktycznie bez konkurencji i ryzyka. Żadna działalność gospodarcza nie ma takiego luksusu!

Masowość wyższego wykształcenia w Polsce osiągnięta przez wielokrotne zwiększenie liczby studentów jest niewątpliwym sukcesem. Ta ekspansja ilościowa odbyła się jednak kosztem głębokiego spadku jakości. Potwierdzają to słowa rektora Politechniki Łódzkiej: "Ciągle odchudzamy programy, standardy są coraz niższe, wykładana jest teoria zamiast praktyki - przedsiębiorcy narzekają, że uzyskana wiedza nie przekłada się na umiejętności i kompetencje absolwentów, obniżono liczbę godzin zajęć ( ) poprzez zmniejszenie godzin ćwiczeń i projektowania".

Sami studenci uważają, że programy są przestarzałe. Studia odzwyczajają ich od stawiania pytań, od okazywania inicjatywy i od konstruktywnego uczestnictwa w życiu społecznym. Wobec tempa zmian otaczającego nas świata potrzebna jest wszechstronność, a nie wąska specjalizacja. System finansowania także powoduje, że uniwersytet staje się luźną konfederacją małych przedsiębiorstw-wydziałów o wąskiej ofercie intelektualnej. Zamiast systemu 3Z, czyli "zakuć, zdać, zapomnieć", studenci chcieliby zapisywać się na uczelnię, a nie na konkretny wydział, i zamiast korzystać z narzuconego im grafiku zajęć, wybierać z uczelnianego katalogu z setkami kursów. Kierunek studiów byłby wybierany dopiero na wyższych latach przez dużo dojrzalsze osoby. Tymczasem dziś każdy wydział jest dla studentów jak areszt, z którego trudno się wydostać.

Po co nam szkoły wyższe?

W Polsce skończył się okres wzrostu ekstensywnego polegającego głównie na wykorzystaniu wewnętrznych rezerw, w tym taniej siły roboczej. Do dalszego wzrostu potrzebny jest jak zawsze kapitał finansowy pozyskiwany w kraju i na świecie, ale przede wszystkim kapitał intelektualny.

Elity powinny mieć dobre uniwersalne wykształcenie humanistyczne i znać języki obce. Tylko dzięki temu Polska będzie mogła odnosić korzyści z przynależności do Unii i z globalizacji.

Jednocześnie, aby odnosić korzyści z udziału w międzynarodowej gospodarce, trzeba być innowacyjnym. Największe szanse na to mają z kolei ludzie bardzo dobrze, ale również uniwersalnie i szeroko wykształceni w dziedzinach nauk ścisłych i technicznych, technologii i matematyki.

Według wybitnej brytyjskiej znawczyni problemów edukacji Alison Wolf każdy rząd ma następujący wybór w dziedzinie edukacji: albo postawić na egalitarne finansowanie szkolnictwa wyższego (tak jak to robiły kolejne rządy od 1989 r.) i w konsekwencji stopniowo wykluczyć się z globalnej konkurencji, albo postawić na zróżnicowanie i jakość, co z czasem może doprowadzić do powstania instytucji edukacyjnych o światowym statusie.

Pamiętajmy! Powszechnie praktykowana wiara w egalitaryzm pogrąża wszystkich w miernocie. Nie będziemy mieć świetnie wykształconych i zdolnych do reformowania kraju elit, jeśli nie będziemy mieć co najmniej kilku doskonałych uczelni - tak jak w Ameryce, w Wielkiej Brytanii z jej Oxfordem i Cambridge czy we Francji, w której od 200 lat kilka grandes écoles kształci elity polityczne i gospodarcze nie tylko dla kraju, ale też dla świata.

Jednym z głównych celów naszej polityki edukacyjnej powinno być stworzenie warunków, aby powstało tych kilka doskonałych uczelni. Jak?

W czym warto naśladować system amerykański?

Według rankingu szanghajskiego 17 z 20 najlepszych uniwersytetów na świecie to uniwersytety amerykańskie. Zatrudniają 70 proc. wszystkich noblistów, powstaje tam około 30 proc. artykułów w naukach ścisłych i technicznych oraz 44 proc. najczęściej cytowanych artykułów. Amerykańskie uniwersytety badawcze przyciągnęły więcej doktorantów z zagranicy niż cała reszta świata. Amerykański model nie da się w całości przeszczepić ani do Europy, ani do Polski, choćby z tego powodu, że amerykańskie uniwersytety badawcze dysponują nieporównywalnie wyższymi kapitałami. Następny powód to inne tradycje i inna kultura. Ale wiele elementów tego modelu złożyło się na uniwersalny model anglosaski, który z powodzeniem funkcjonuje nie tylko w Wielkiej Brytanii i w Australii, ale też w większości krajów Azji i Ameryki Południowej. Głównymi powodami sukcesu systemów szkolnictwa wyższego zorganizowanych na sposób anglosaski są różnorodność szkół wyższych, ich wewnętrzna organizacja i zarządzanie oraz ograniczona ingerencja rządowa w ich funkcjonowanie. Porównajmy to z sytuacją polskiego szkolnictwo wyższego, którego działalność według bazy danych Sejmu RP regulują 92 ustawy, 226 rozporządzeń i 105 innych aktów prawnych!

Tylko zderegulowane szkolnictwo wyższe pozwala na szybkie zmiany i dopasowanie oferty uczelni do potrzeb studentów. Przykładem jest historia ubogiego, podupadającego kolegium (Elon College) w Północnej Karolinie, które w ciągu kilku semestrów przemieniło się bez żadnych zewnętrznych inwestycji w popularny uniwersytet (Elon University). Po pierwsze, wypracowano wizję "wszędzie jakość", którą władze uczelni konsekwentnie propagowały i egzekwowały. Po drugie, bardzo starannie dobierano kadrę i przywiązywano dużą wagę do jej ocen i wynagrodzeń. Po trzecie, wprowadzono ostrą selekcję kandydatów na studia i surowe wymagania programowe w czasie studiów. Jak się okazało, wizja i jakość były ważniejsze niż kapitał i inwestycje.

Wzorce warte naśladowania w każdej kulturze i w każdym kraju to pełna instytucjonalna rozliczalność i odpowiedzialność wobec społeczeństwa uczelni i ich władz za jakość nauczania i badań oraz za efektywność gospodarowania powierzonymi przez społeczeństwo środkami materialnymi i finansowymi. Zarządzanie dużą uczelnią wymaga kompleksowego podejścia i profesjonalnej wiedzy, której nie posiadają nasi rektorzy mianowani na kilka lat spośród profesorów różnych specjalności. Potrzebny jest do tego, jak w innych dziedzinach, profesjonalizm, w tym przypadku zawodowi rektorzy.

*Dr Jerzy Thieme - ekonomista. Wiele lat pracował w USA jako wiceprezes Citibanku oraz jako wykładowca programów MBA w University of Arizona i University of Bridgeport. Autor książki "Szkolnictwo Wyższe. Wyzwania XXI wieku. Polska, Europa, USA".

  • 86 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    55 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':