Akademia Komunikacji Społecznej werbowała przez pięć dni. Miała stronę internetową, a tam niezwykłą ofertę:
studia magisterskie w dwa lata i to przez internet. Kandydatów do nauki było pół tysiąca. Chcieli wpłacać pieniądze, by zaklepać sobie miejsce. Nie przeszkadzało im, że akademia nie miała kadry naukowej (na stronie szybkimagister.pl informowała tylko o anonimowych autorytetach) i zezwoleń na prowadzenie działalności.
Wczoraj ujawniliśmy, że akademię wymyślili i założyli dziennikarze "Gazety". Zrobiliśmy to po to, by pokazać, jaką fikcją bywają studia wyższe w Polsce.
Magistry głowy wysoko noszą Zainteresowanie ofertą przerosło nasze oczekiwania. Chętni do nauki na podane na stronie numery telefonów dzwonili od rana do nocy, a te odbierały dziennikarki "Gazety" udające pracownice dziekanatu. Kandydaci na studentów słali też maile na skrzynkę akademii, prosząc, by wpisać ich na listę.
"Panie z dziekanatu" pytały przyszłych studentów o motywację.
Mirosław z Poznania tłumaczył: - Studiowałem kiedyś, ale ożeniłem się, a magistry głowę wysoko noszą.
Bizneswoman z Łukowa: - Pracownika chcę do was skierować. Ma wiedzę ogromną, ale potrzebny jest mu dyplom.
I taka była najczęstsza motywacja zdobycia "szybkiego magistra": polepszenie swojej samooceny, wymóg w pracy lub brak czasu na standardową naukę.
Spośród kilkuset zgłoszeń ledwie ok. 50 osób miało wątpliwości, czy działamy legalnie.
Akademia rekrutowała też kadrę. W kilka dni znaleźliśmy pięciu kandydatów (nie licząc medialnych gwiazd) na wykładowców. Wszyscy wiedzieli, że proponujemy ludziom tytuł magistra w dwa lata (przepisy mówią o dziewięciu semestrach). Rozmowa z jednym z przyszłych wykładowców wyglądała tak:
- Politologię mi chcecie dać? Wolę negocjacje kryzysowe. Jestem w tym najlepszy w kraju, uczę na trzech uczelniach.
- U nas też da pan radę? - pytaliśmy.
- A bo stawki, które tam oferują... Szkoda gadać. Dlatego nie angażuję się za bardzo, robię tyle, ile muszę. Dam radę.
Trzech wykładowców odmówiło. Ale tylko jeden dlatego, że informacje, którymi karmiliśmy kandydatów przed spotkaniem "na temat konkretnych pieniędzy", były mało wiarygodne. To profesor Janusz Golinowski, prodziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.
Zapytaliśmy go o przyczyny odmowy. - Nie potrafiliście podać nazwiska żadnego wykładowcy, nazwisk ludzi z rady programowej ani powiedzieć nic o misji uczelni. Na waszej stronie też nie było żadnych konkretnych informacji - mówi prof. Golinowski. - Nie wiem, dlaczego inni wykładowcy tak łatwo się nabrali.
Poseł
PSL Eugeniusz Kłopotek, który zgodził się na darmowe gościnne wykłady w akademii, wczoraj w Sejmie tłumaczył, że... od początku domyślał się dziennikarskiej prowokacji. - Ale może to wszystko czemuś posłuży. Może resort edukacji powinien przyjrzeć się prywatnym uczelniom? - zastanawiał się poseł.
Czar "naukowego papierka" Nasza publikacja spotkała się z burzą wśród czytelników. Na forum internetowym trwa gorąca dyskusja.
„Student” pisze: „[publikacja] daje obraz tego, co znaczą dziś studia dla części naszego społeczeństwa: tylko i wyłącznie » papierek «- jak najszybciej, jak najmniejszym wysiłkiem. Doprowadza to do zdewaluowania dyplomu”.
Ale wielu czytelników "Gazety" zwraca uwagę, że także w swoich miejscach pracy spotykają się z wymogiem posiadania dyplomu, choć pracodawcy nie wnikają, czy za dyplomem idzie wiedza. To również motywowało studentów naszej akademii.