http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Szybkimagister.pl czyli Akademia Wielka Lipa (cz. 1)

Marcin Kącki, Michał Kopiński, Ewa Mikulec, Joanna Leśniewska, Natalia Mazur, Aleksandra Przybylska
2009-10-23, ostatnia aktualizacja 2010-08-13 00:26

Największe oszustwo w polskim szkolnictwie wyższym. Dziennikarze "Gazety" założyli lipną uczelnię. Ogłosili, że daje magistra w dwa lata. Bezprawnie. W kilka dni zgłosiło się pół tysiąca studentów, wykładowcy zabiegają o etat, a media o reklamy. Po co to wszystko? By pokazać, jaką fikcją bywają wyższe studia w Polsce. Spodziewaliśmy się, że uczelnia nawet z tak nierealną, że aż głupią ofertą może zainteresować przyszłych studentów. Zainteresowanie - to mało powiedziane...

SERWISY

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Szybkimagister.pl czyli kto się dał nabrać - drugi odcinek prowokacji ''Gazety Wyborczej''
Szybkimagister.pl czyli wykładowcy lipnej uczelni - trzeci odcinek prowokacji ''Gazety Wyborczej'



Akademia Komunikacji Społecznej (www.szybkimagister.pl) kusi magistrem w cztery semestry. O pięć mniej, niż wymaga prawo. Oblegają ją kandydaci, interesują się naukowcy. Gwiazda show-biznesu może jej dać twarz, a media chętnie podpromują, o ile dobrze zapłaci. Uczelnia nie istnieje. Nawet na papierze. To my ją założyliśmy.

W tej dziennikarskiej prowokacji odsłaniamy parodię studiów, których (jak głosi hasło naszego cyklu) trzeba się wstydzić. Które nie dają wiedzy, tylko papier.

A było tak:

- tydzień temu daliśmy w "Gazecie" reklamę: Akademia Komunikacji Społecznej oferuje magistra w dwa lata;

- założyliśmy stronę internetową ze sloganami wabikami przepisanymi ze stron innych uczelni. Dorzuciliśmy, że mamy superkadrę i najniższe koszty;

- ale nie podaliśmy żadnych nazwisk naukowców, zezwoleń ani nawet adresu szkoły!

- daliśmy za to kontakt e-mailowy i ankietę zgłoszeniową;

- "dziekanat" (naprawdę nasza poznańska redakcja) informował telefonicznie, oblegany "call-center" obsługiwały nasze dziennikarki;

- na pytania mediów odpowiadała specjalistka od marketingu - naprawdę nasza dziennikarka.

Po co to wszystko? By pokazać, jaką fikcją bywają wyższe studia w Polsce. Spodziewaliśmy się, że uczelnia nawet z tak nierealną, że aż głupią ofertą może zainteresować przyszłych studentów. Zainteresowanie - to mało powiedziane...



Ponad 5 tys. ludzi z całego świata weszło na stronę internetową tej lipnej uczelni.

Nasi studenci nie chcieli wiedzy. Chcieli papier, by poczuć się lepiej, by zdobyć lepszą pracę, by babcia się w końcu odczepiła.

"Dziekanat" przez pięć dni był bombardowany telefonami i e-mailami. Ludzie żądali (!) numeru konta, by wpłacić i zaklepać miejsce. Gdybyśmy je dali, na koncie lipnej uczelni byłoby już ponad 150 tys. zł.

Zadzwoniło 300 osób, a tyluż jeszcze połączeń nie byliśmy w stanie odebrać. E-mailowało prawie pół tysiąca ludzi. Na stronę internetową weszło 5 tys. osób z Polski, Europy, nawet z Argentyny i Kuwejtu!

Pół tysiąca postanowiło od razu podjąć naukę. 200 osób chciało, ale się wahało. Tylko 50 miało podejrzenia, czy działamy uczciwie, zgodnie z prawem.

W ankiecie, na którą odpowiadali wszyscy kandydaci, przeważały zdania, że magistra żąda pracodawca, że tytuł się przyda, że nie wypada nie mieć.

Do "dziekanatu" dzwoni Jarosław, 30-latek z Zamościa: - Prowadzę firmę, mam mało czasu. Politologię chcę. Wiem, że nie gwarantujecie rzetelnego wykształcenia. Ale ja jestem dorosły, chcę mieć tytuł. A można zrobić wasze studia w rok? Tak? Świetnie.

Warszawiak, zmartwiony, że syn nie awansuje w policji: - Musi mieć magistra, by startować do szkoły oficerskiej w Szczytnie.

Babcia z Krakowa zatroskana o dorosłego wnuka: - Studiował, ale nie zaliczył. A to zdolny chłopiec, dobrze, by jakieś studia miał.

Nasi niedoszli studenci oczywiście wiedzieli, że studia magisterskie w dwa lata wiedzy dać nie mogą. Chodziło o papier.

Werbując wykładowców, błyskiem znaleźliśmy pięcioro. Jedna osoba zgłosiła się sama, przysyłając komplet dokumentów.

Dała się skusić posłanka Sylwia Pusz. Poseł Eugeniusz Kłopotek też, ale zastrzegł, że za darmo. Pozyskaliśmy celebrytę: Tomasz Kammel był gotów negocjować gwiazdorskie stawki.

Nasza Akademia w parę dni nabrała prestiżu, a mogła się jeszcze bardziej nadąć, bo zgłosiły się media. Agentka reklamy pracująca dla wydawcy ogólnopolskiego dziennika oferowała nam pakiet: "Jeżeli wykupicie Państwo pół strony reklamy (...) za 5000 zł netto, to drugie pół strony dostajecie Państwo gratis na tekst-wywiad, bez oznaczenia napisem reklama, promocja". Takich propozycji mieliśmy kilka.

Agencja internetowa chciała naszą uczelnię tak "wypozycjonować" w Google'u, że po wpisaniu słowa "magister" bylibyśmy popularniejsi niż Uniwersytet Jagielloński.

Radia i telewizje chciały emitować nasze reklamy, agencje reklamowe wieszać nas na billboardach. Biuro ochroniarskie dawało ludzi pod bronią i oferowało windykację czesnego od opornych studentów.

Najpierw wymyśliliśmy fajną nazwę

Akademia Komunikacji Społecznej, to miks słów używanych najczęściej przez uczelnie wyższe o profilu humanistycznym.

Potem reklama prasowa, którą publikowaliśmy w "Gazecie" od 14 do 19 października z czerwoną kurtyną i dziennikarzami wyciągającymi mikrofony. Graficy dorzucili do niej logo z biretem, uśmiechniętą dziewczynę i tak powstała strona internetowa.

Co naobiecywaliśmy?

To samo co można poczytać na stronach prawdziwych uczelni: najlepsze zaplecze naukowe, najlepsza kadra z kraju i zagranicy, znani publicyści, własne materiały, nowoczesna baza lokalowa, stypendia... I oczywiście: najtańsza oferta na rynku, a jak nie, to zwracamy pieniądze.

Założyliśmy trzy kierunki: politologię, socjologię i kulturoznawstwo.

I dorzuciliśmy coś zupełnie ekstra: magister w dwa lata - unikatowy system nauczania w okresie dwuletnim oparty na sprawdzonych metodach samokreacji dydaktycznej (tak to elegancko nazwaliśmy!) i indywidualnym doborze wiedzy.

Choć to nielegalne, bo przepisy mówią o dziewięciu semestrach. Ale dla większości to właśnie okazało się najlepszą ofertą (strona www.szybkimagister.pl, jest nadal dostępna, zachęcamy do zwiedzania).

I jeszcze: możliwość korespondencji internetowej i biblioteki cyfrowej oraz multimedialnej.

Szaleństwo zgłoszeń

Dwa lata i to przez internet? Szaleństwo zgłoszeń, które wywołaliśmy oddaje list Marzeny: Nie do wyobrażenia, ale kuszące.

W reklamie i na stronie był numer telefonu. Chętni dzwonili do "dziekanatu", czyli poznańskiej redakcji "Gazety", by wysłuchać, jak o studiach opowiadają nasze dziennikarki.

Nie podaliśmy natomiast żadnych nazwisk ani wykładowców, ani rektora, ani dyrekcji. Żadnych informacji o historii szkoły. Ani nawet adresu!

Na stronie był tylko e-mail do Akademii oraz formularz zgłoszeniowy.

W ciągu pięciu dniu stronę odwiedziło 5,5 tys. osób. Większość z Polski, ale i całej Europy, a nawet z USA, Argentyny, Australii, Tunezji i Kuwejtu.

Zgłoszeń przyszło prawie pół tysiąca.

Każdy, kto kontaktował się z Akademią, słyszał formułkę, którą umieściliśmy też - choć drobnym maczkiem - na stronie: Akademia nie gwarantuje zdobycia należytej wiedzy z zakresu wybranych kierunków w okresie studiów. Umożliwia w szybkim tempie przygotowanie studenta do obrony pracy magisterskiej.

Ogłosiliśmy też zapierającą dech, najniższą na rynku cenę:

- 300 zł wpisowego (nie podaliśmy numeru konta)

- 200 zł za miesiąc studiowania.

Akcja "rekrutacja" trwała pięć dni. "Dziekanat" był czynny od godz. 11 do 15, ale telefon dzwonił nawet o północy. "Panie z dziekanatu" rozmawiały z 300 osobami. Drugie tyle się nie dodzwoniło - tyle było nieodebranych połączeń.

Kolejne odcinki tej historii jeszcze dziś u nas na wyborcza.pl



  • 441 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    272 głosy