Rozmowa z prof. Januszem Sawczukiem*
Anita Dmitruczuk: Wieloetatowość kadry naukowej to konieczność czy łakomstwo? Prof. Janusz Sawczuk: Jeżeli jako profesor zarabiałem na uniwersytecie 4,5-5 tys. zł netto, czyli w dolnej granicy widełek płacowych przewidzianych na moim stanowisku, to naturalne, że szukałem dodatkowego źródła dochodu. Bo chociaż można powiedzieć, że dla wielu ludzi to sporo, to jednak jak ma się rodzinę na utrzymaniu i chce się zachować jakiś poziom przyzwoitości, choćby z powodu międzynarodowych kontaktów, to tych pieniędzy z jednego etatu brakuje. Zresztą do takiej pensji dochodzi się przez całe życie zawodowe, czyli 30-35 lat. Poza uniwersytetem miałem więc wykłady na innej uczelni. Moi przełożeni chętnie wyrażali na to zgodę, bo uniwersytetu zwyczajnie nie było na to stać, by płacić mi więcej. Profesor w Polsce jest generalnie słabo uposażony na państwowej uczelni, jak na warunki europejskie. Rozmowa zawsze była taka sama: ja nie mogę zaproponować ci większych zarobków, ale za to zgodzę się, żebyś miał drugi etat.
Czyli sedno sprawy to pieniądze? - Wielu problemów publicznych wyższych uczelni nie da się rozwiązać, jeśli państwo nie wpompuje w nie dużej ilości pieniędzy. Dokładnie tak samo jest na przykład ze służbą zdrowia.
Zegar dla publicznych uczelni już tyka. - Jeszcze jakiś czas temu profesorowie chętnie brali drugie etaty na uczelniach prywatnych, ale rynek powoli się już nasyca, a prywatne uczelnie rozwijają się coraz szybciej. I teraz zależy im już coraz częściej na tym, żeby mieć tego czy innego profesora na pierwszym etacie. Bo to daje im możliwość rozwoju w kierunku, który sobie zaplanowały. Najpierw chodziło im o licencjaty, teraz potrzebują tytularnych profesorów, by iść w stronę uprawnień do studiów II i III stopnia. Dla kogoś, kto chce przejść na pierwszy etat do prywatnej uczelni, możliwości negocjacji są więc spore.
Pan się na to zdecydował. - Tak, i to nie tylko ze względu na zarobki, chociaż faktycznie teraz będę zarabiał na jednym etacie tyle, co wcześniej na dwóch. Ale zdecydowałem się na taką zmianę dlatego, że na uczelni prywatnej być może uda mi się zrobić to, czego przez tyle lat nie udało się zrobić na uczelni publicznej - czyli stworzyć strukturę pod badania niemcoznawcze. Przecież ja jestem niemcoznawcą, na tym znam się najlepiej i temu chciałbym w końcu poświęcić całą energię.
Wcześniej Pan nie mógł? - Ideałem byłoby to, że prowadzę badania, równolegle piszę artykuły lub książkę i z tematyki, którą zbadałem, daję wykład. Tak, powiedzmy, przez trzy lata i potem cały proces powtarza się od początku. Tak więc oferta dydaktyczna profesora z czasem robi się spora. Ale naszym uczelniom profesor jest potrzebny, żeby dostać określone uprawnienia, wiec wykłada przedmioty nie zawsze ściśle związane z jego zainteresowaniami. Np. historyk dostaje upragniony etat na uczelni i dostaje współczesne stosunki międzynarodowe.
Gdy przyszedłem na Uniwersytet Opolski wylądowałem w Instytucie Filologii Wschodniosłowiańskiej na kierunku: język biznesu. Dostałem zajęcia z praktycznej znajomości języka niemieckiego i stosunków międzynarodowych po niemiecku. Miałem olbrzymi stres. Ja oczywiście ten język znam z racji tematyki, którą się zajmuję, ale nie jestem przecież filologiem. Na zajęciach więc konwersowaliśmy na temat dokumentów z okresu II wojny światowej. Ja podszkoliłem język, studenci też rozwinęli swoje umiejętności, a przy okazji dowiedzieli się czegoś nowego.
Potem oczywiście miałem na uczelni wykłady monograficzne, ale głównie te, które należały do tzw. kanonu kierunku. I tak np. wykładałem na politologii stosunki międzynarodowe po II wojnie światowej, a także proces integracji europejskiej. Dla mnie to było coś, czemu musiałem poświęcić trochę energii, bo ja się tą tematyką wcześniej nie zajmowałem. Musiałem opracować cały wykład i powtarzać go przez kilka lat. Teraz mam nadzieję uda mi się w końcu zająć tym, co najbardziej mnie interesuje, czyli procesem zjednoczenia Niemiec i jego skutkami.
Kto więc powinien uczyć studentów? - Proces dydaktyczny spoczywa zgodnie z podziałem pracy na barkach całej kadry. Ale trzeba sobie uświadomić, że starsza kadra profesorska powoli odchodzi, mamy może doświadczenie, ale nie mamy już przecież energii 30-latków. To oni przeżywają najbardziej twórczy okres swojego życia, ale będąc na uczelni, dostają od swoich starszych kolegów gros obowiązków dydaktycznych, często po osiem godzin zajęć dziennie i są dodatkowo obarczani jeszcze obowiązkami administracyjnymi. 590-600 godzin w roku to jest makabra. Kiedy mają prowadzić badania? Tu jest pies pogrzebany. Jak wtedy zadbać o swoją karierę naukową, tak żeby rozwijać się równomiernie i co trzy-cztery lata pokonywać kolejne stopnie w karierze? Ja moim młodym doktorantom doradzam natychmiastowe stypendia zagraniczne, po to tylko, by w końcu mogli się zająć swoją pracą naukową. Ale staremu profesorowi dobrze radzić. Nam też coraz trudniej prowadzić dużą liczbę zajęć i własne badania jednocześnie. Przychodzi taki moment, że trzeba wybrać między jednym a drugim. Bo badania to nie jest coś, co można robić zrywami, od czasu do czasu i na dodatek po godzinach, kosztem snu. To codzienna, mozolna praca. Trzeba się nad nią skupić.
Czyli zajęcia ze studentami to zło konieczne? - Ależ oczywiście, że nie. To oni są ludźmi, przed którymi codziennie stajemy. I jeśli spotykamy na swojej drodze tych, którzy są zainteresowani tematyką, jaką wykładamy, chcą i potrafią dyskutować, zadają pytania, na które nie potrafimy odpowiedzieć - to my takich studentów po prostu uwielbiamy, chociażby za to, że nas inspirują w naszej pracy. Ale studenci to jedno, a liczba i tematyka zajęć to zupełnie inna sprawa. Tego problemu nie da się rozwiązać bez pieniędzy. Doktor czy profesor na etacie to w rachunkach uczelni po prostu etat, tak czy inaczej opłacany. Bardziej się jej więc opłaca, jeśli ta osoba prowadzi jak najwięcej zajęć ponad wymagane minimum. Na Zachodzie takie sprawy są zupełnie inaczej rozwiązywane.
Czyli jak? - Swego czasu miałem w Niemczech gościnną profesurę. Zainteresował się mną mocno rektor, bo Polak wykładający na niemieckiej uczelni wyższej genezę zjednoczenia Niemiec był ciekawostką. Wiec razem układaliśmy plan moich zajęć i kiedy mu oświadczyłem, że nie mogę być dyspozycyjny w ten czy inny dzień, bo mam jeszcze wykłady w Polsce, to on był w szoku. Mówił, że to nie do pomyślenia, żeby profesor prowadził tyle zajęć. Tam jest raczej presja na pisanie książek, ale nikomu nie przychodzi do głowy, żeby szukać drugiego etatu. Dotyczy to może bardziej młodych doktorów, którzy kupili
domy, a teraz w kryzysie muszą spłacać kredyty.
Zresztą tam cały system pracy wygląda zupełnie inaczej. Po pierwsze to absolutnie niemożliwe, by przejść całą drogę kariery na jednej uczelni. Nikt na to po prostu nie pozwoli. Po drugie to uczelnia najpierw zdobywa środki na zbadanie problemu, a potem ogłasza konkurs na stanowisko profesora zajmującego się daną tematyką. Po pierwsze po to, by prowadził na ten temat badania, a po drugie, by prowadził zajęcia kanoniczne. Są cztery profesury: najniższa to goły etat, najwyższa to biuro/gabinet, sekretarka osobista, asystent i pieniądze. Ten prof. z najwyższej półki dysponuje wtedy jakimś budżetem i dobiera do swojego zespołu doktorantów, na których rozpisuje tematycznie duży problem badawczy. Doktoranci dostają albo etat albo stypendium. Cały zespół jest rozliczany z efektu swojej pracy w uzgodnionym terminie.
I jeszcze jedna rzecz, która mnie zastanowiła - wszyscy pracują w swoich gabinetach przy otwartych drzwiach. Nie ma udawania, że ktoś jest, jak go nie ma, ani uciekania do domu, by w końcu spokojnie popracować. Ale jeszcze jedna ciekawostka: w bibliotece jest kanapa, na której można w razie "kryzysu" uciąć drzemkę.
* Prof. Janusz Sawczuk jest niemcoznawcą. Do ub.r. akademickiego wykładał na Uniwersytecie Opolskim, obecnie pracuje w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu