Magdalena Warchala: W ostatnim dwudziestoleciu powstało mnóstwo szkół niepublicznych. To dobrze czy źle? Krzysztof Łęcki: Gdyby szkół niepublicznych nie było, należałoby je wymyślić. Dobrze, że zwiększyła się oferta dla młodych ludzi, ale z drugiej strony, jak w każdej dziedzinie życia, pojawili się hochsztaplerzy, a także nieudacznicy, którzy niekoniecznie chcieliby studentów oszukać, ale po prostu nie umieją szkoły wyższej prowadzić. Dawniej uczelnie publiczne kojarzyły się z gwarancją, z wyborem niepublicznych zaś wiązało się ryzyko, że szkoła nie przetrwa następnych lat. Teraz różnica się zaciera i ludzie, którzy podchodzą do studiów poważnie, wybierają szkoły dobre, nieważne - publiczne czy niepubliczne.
Jakie są największe grzechy uczelni niepublicznych? - To biznes z lekka tylko przykryty warstewką misji. Chcę wierzyć, że ich założyciele, oprócz tego, że chcą zarobić, kierują się dobrem wspólnym, a przede wszystkim elementarną uczciwością wobec ludzi, którzy przyjmują ich ofertę. Ale jak w każdej działalności gospodarczej zdarzają się osoby, które chcą zarobić szybciej i więcej, psując rynek. Jednym z elementów jest obniżanie wymagań.
Czy to nie wyjście naprzeciw oczekiwaniom niektórych studentów, którzy płacą i liczą, że dyplom zdobędą bez wysiłku? - Bywa tak, ale wówczas nie tylko szkoła wystawia sobie złe świadectwo, ale i ci, którzy wybierają ją z premedytacją. Sami siebie skazują na wstyd, gdy ktoś zapyta ich, gdzie studiowali. Okaże się wówczas, że tytuł magistra jest pusty, bo nie stoi za nim konkretna wiedza. Są szkoły, po których młodzi ludzie mają prawo liczyć na dobrą pracę, i tam idą ci o aspiracjach większych niż trzy literki przed nazwiskiem. Rozumiem jednak kłopot pierwszych kandydatów na studia w rodzinie. To właśnie roczniki końca lat 80. i całych lat 90. Jeśli ich rodzice nie studiowali, mogą nie potrafić doradzić dzieciom przy wyborze uczelni.
Czy nie jest tak, że istnieje presja, by mieć tytuł magistra, ale młodym ludziom często jest obojętne, w jakiej dziedzinie go zdobędą? - Chyba Jules Mazarin, pierwszy minister Francji, chcąc napełnić kiesę państwową, wymyślił tytuł książęcy, który można było kupić. Powiedział później, że to tytuł, którego wstyd nie mieć, ale również wstyd go mieć. Podobnie jest z magistrami. Odczuwamy niepokój, gdy spotykamy młodego człowieka, który wydaje się inteligentny, a nie studiuje. Głupio nie być magistrem. Ale być może doczekamy czasów, gdy wstyd będzie zostać magistrem jakiejś konkretnej szkoły. Dowiedziałem się, że w jednej z instytucji państwowych stawia się nieformalną barierę absolwentom pewnej uczelni. Gdy szukają pracy, są z góry podejrzani.
Zaniżanie wymagań, kuszenie studentów tym, czego nie dostają, np. znanym wykładowcą, który nie pojawia się na zajęciach... Jak jeszcze szkodzą szkolnictwu wyższemu uczelnie niepubliczne? - Znam uczelnię, która chwali się w folderach dobrą lokalizacją. Jeśli ktoś wybiera szkołę na tej podstawie, nie tylko wystawia sobie świadectwo, ale w ogóle siebie wystawia - do wiatru. Kiedyś odwiedziłem uczelnię niepubliczną, która miała wspaniały kampus. Ponieważ jednak nie znam ani jednej publikacji jej pracowników, na miejscu kandydata zastanowiłbym się, czy ryzykować, mając nadzieję spotkać tam równie wspaniałą kadrę, czy jednak uznać, że ryzyko jest zbyt duże.
A może uczelnie niepubliczne mają jakąś przewagę nad publicznymi? - Nie odczuwam tego. Ale nie twierdzę, że tam, gdzie za studia się płaci, zaliczanie przedmiotów jest z zasady łatwiejsze. Pewnie uczelnie publiczne mają ciut wyższy poziom, gdy porównać ich średnią, ale są też szkoły niepubliczne, które prześcigają publiczne.
Mając w pamięci niedawną aferę z Akademią Humanistyczno-Ekonomiczną, czy powinniśmy być gotowi na kolejne takie przypadki? - Młodzi ludzie ryzyko muszą ocenić sami. Jeżeli studiują plastykę i profesor wyjaśnia, jak są zrobione kaloryfery, a znam taki przypadek, powinni czym prędzej szkołę opuścić. Ale jeśli zdarza się to na czwartym roku, to czy student zrobi awanturę, czy wytrzyma? Szkoda, że kandydaci nie doceniają dni otwartych. W internecie są serwisy, gdzie porównuje się hotele przed urlopem, a przecież opinia o uczelni jest cenniejsza, bo wybierając źle, ryzykujemy więcej niż nieudane wakacje. Zanim zdawałem na studia, poszedłem na kilka wykładów. Tymczasem niektórzy wybierają bezrefleksyjnie. Chcą studiować religioznawstwo, bo kusi ich nazwa, ale nie spojrzą, jakie tam są
lektury, bo nie mają czasu. Myślą tylko o maturze i wstrzeleniu się w klucz.
Polecamy: Studia zaoczne to harówka, nie ma taryfy ulgowej