http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Szkoły wyższe w oparach absurdu

Klaus Bachmann*
2009-10-20, ostatnia aktualizacja 2009-10-20 12:57

Polskie szkolnictwo wyższe to świat jak z czeskiego filmu. Profesorzy udają, że badają, studenci udają, że te badania czytają, za to profesorzy potem ich dobrze oceniają


Fot. Monolith
SERWISY
Andrzej F. jest idealnym przykładem polskiego naukowca. Dostał się na studia - na historię. Szybko zauważył, że na jego wydziale jest paru ambitnych historyków, których zajęcia wymagają solidnego przygotowania. Uciekł na wydział nauk społecznych. Tam też byli historycy, ale mniej wymagali. Można było w ogóle nie chodzić na ich zajęcia. Na końcu semestru Andrzej i jego koledzy oddali prace przepisane z innych prac i internetu. Profesor studentom dał najwyższą ocenę.

Po pięciu latach Andrzej poszedł na studia doktoranckie. Po uzyskaniu doktoratu stosował sprawdzone metody: masowo odwoływał zajęcia, a studentom, żeby nie protestowali, dał piątki. W czasie wolnym od pracy (a miał go mnóstwo) wykładał na prywatnej uczelni, która płaciła trzy razy więcej niż jego macierzysta, państwowa.

Habilitował się w ten sam sposób: licząc na to, że wszyscy traktują swoją pracę - tak jak on - jak fikcję. Nie przeliczył się: przy habilitacji recenzenci (jego dobrzy znajomi) nie czytali pracy, ale dobrze ją ocenili. On później też chwalił ich prace, choć ich nie znał. Andrzej F. został profesorem uniwersyteckim. Ma drugi etat w prywatnej uczelni i kilka umów-zleceń w wydawnictwie naukowym. Zarabia miesięcznie ok. 15 tys. zł. Czasami występuje w mediach, broniąc wolności badań naukowych i autonomii uczelni przed ingerencją rządu.

Andrzej F. jest postacią fikcyjną, choć uosabia cechy kilkunastu wykładowców, z którymi miałem do czynienia, odkąd pracuję w szkolnictwie wyższym. Ma sobowtórów we Francji, Niemczech i Austrii. Szkopuł w tym, że tylko w Polsce jest system szkolnictwa wyższego, który spowodował, że zachowania Andrzeja F. są całkowicie racjonalne i wręcz nagradzane przez system.

Byłby uważany za frajera i wywołałby gniew swoich studentów, podwładnych, szefów i kolegów, gdyby nagle postanowił prowadzić zajęcia na wysokim poziomie, różnicować oceny, ubiegać się o poważne zagraniczne granty badawcze. I pisać książki, które nie tylko nie są plagiatami, ale są wkładami w światową naukę.

Gdyby tak robił, jego studenci uciekliby do innego, mniej wymagającego wykładowcy. Gdyby tak robił, zamiast dwóch książek rocznie, opublikowałby jedną po angielsku, co cztery lata - a przez trzy lata musiałby się usprawiedliwiać u swoich przełożonych, dlaczego tak mało pisze. Gdyby prowadził zajęcia na wysokim poziomie, musiałby je porządnie przygotować i nie mógłby pracować na drugim albo trzecim etacie.

Kiepski system, ale racjonalny

Tu jest pies pogrzebany: Polska ma izolowany od świata, zacofany i demoralizujący system szkolnictwa wyższego. To nie jest ani winą studentów, ani wykładowców, ani polityków, choć te grupy z lubością i ku uciesze mediów wskazują palcem na siebie nawzajem. Marazm wynika z kilku czynników, które nie poddają się moralizującym ocenom - to skutek wyżu demograficznego, który spowodował napływ chętnych na studia. To sprzyjało umasowieniu studiów i ich komercjalizacji.

Powstała masa słabych prywatnych uczelni na prowincji, sprzedających dyplomy na lewo i prawo, zatrudniających emerytowanych profesorów, którzy często wykładali fikcyjnie. W jednej z uczelni wykładał nawet profesor, który od kilku lat nie żył - studentom pokazywano wideo z jego wykładami. W innych profesorowie przebywali ze studentami tylko wirtualnie, bo zajęcia prowadzili asystenci, a profesor, jak się mawia, "sprzedał uczelni tylko uprawnienia".

Olbrzymi popyt na habilitantów i doktorów przyczynił się do ukierunkowania całego systemu szkolnictwa wyższego wyłącznie na dydaktykę. Dużo i łatwo można dziś zarabiać na zajęciach, "bijąc" do 800 godzin dydaktycznych na semestr. Trudno jest prowadzić badania - bo administracja utrudnia, odbiera część pieniędzy, a koledzy są zazdrośni, że to nie oni dostają "forsę z UE". Dlatego dziś polskie nauki społeczne, humanistyka, ale też znaczna część prawa to izolowane od światowych trendów oazy naukowej zaściankowości - tu się czyta polskie książki, wykłada po polsku i zaprasza na konferencje z udziałem polskich naukowców, z których olbrzymia większość pisanie podręczników myli z prowadzeniem badań.

Konferencje są wyprane z merytorycznej krytyki, ale obowiązkowo kończą się publikacjami, których jedyna wartość polega na tym, że ich autorzy "polecają" je studentom, aby wydawnictwo wyszło na swoje. To świat jak z czeskiego filmu: profesorzy udają, że badają, studenci udają, że te badania czytają (i że biorą je poważnie), za to profesorzy potem ich dobrze oceniają. Na końcu tej piramidy absurdów stoi minister szkolnictwa wyższego i cieszy się, że wskaźnik skolaryzacji nieustannie rośnie, co dobrze świadczy o jego polityce, bo dowodzi, że doganiamy Zachód. Ale ta fikcja wkrótce się skończy.

Bliski upadek

Kilka lat temu wyż demograficzny z czasów stanu wojennego - ze względu na dłuższy cykl kształcenia - zapukał do bram uniwersytetów i szkół wyższych. Ale te bramy były i są zabarykadowane. Pokolenie starych profesorów, często wywodzących się ze schyłkowego PRL-u, mocno trzyma władzę, broniąc swoich przywilejów przed natarciem "młodych wilków", w większości (w naukach społecznych i humanistyce) kobiet.

Ci młodzi wychowali się w latach 90., w warunkach wolnego rynku i otwarcia na świat, znają języki, są kompetentni i mają wiele kontaktów zagranicznych. Oni nie tylko wiedzą, co to są badania naukowe na europejskim poziomie. Oni chcą je prowadzić. Problem w tym, że nie mają władzy.

Uniwersytet jest autonomiczny i demokratyczny (choć systemy głosowania bardziej przypominają systemy kurialne schyłkowej monarchii habsburskiej niż nowoczesną demokrację). Większość głosów więc niemal wszędzie należy do starej profesury. Prowadzenie poważnych badań i przejmowanie funkcji administracyjnych się niemal wyklucza. Dlatego ci, którzy chcą badać, nie mają funkcji (a więc też nie mają władzy), a ci, którzy nie mogą badać (bo nie znają języków, metod i nie mają kontaktów), okopują się tam, gdzie jest władza, zmuszając w ten sposób tych pierwszych do dzielenia się zyskiem z tych badań. Ponieważ ta swoista redystrybucja dochodów odbywa się bez jasnych reguł, co chwilę wybuchają konflikty, które docierają do opinii publicznej w zniekształconej formie: raz to "patrioci" walczą z "kosmopolitami", raz to "lustratorzy" przeciwko "starej komunie".

Tak naprawdę to konflikt o kształt szkolnictwa wyższego: czy uniwersytet ma być nienaruszalnym skansenem, w którym stara profesura ustala reguły gry, trzymając "młode wilki" na dystans? Czy otwarta na świat i na konkurencję instytucja, w której nie ma przywilejów, ale nie ma ani pewności, ani bezpieczeństwa zatrudnienia? Czy uniwersytety mają się finansować z dydaktyki (dotacje plus czesne), czy z dochodów z badań? Czy model polskiego naukowca to urzędnik piszący podręczniki, czy badacz, który zarządza projektami?

Co dalej z autonomią?

Nie można spokojnie czekać na zmiany pokoleniowe na uczelniach i na to, że coraz mniejsza liczba studentów uniemożliwi uczelniom zarabianie na dydaktyce. Zanim brak studentów skłoni uczelnie do rozwijania badań, poważni badacze z dorobkiem uciekną za granicę, razem z ambitnymi studentami.

Jedno jest pewne: bez naruszenia autonomii nie da się przeprowadzić reform. Bo tak samo jak autonomia w PRL chroniła uczelnie przed ingerencją polityczną, tak samo dziś chroni przed reformami. Pozostawienie szkolnictwa wyższego sobie grozi jego całkowitym upadkiem. Już teraz uczelnie prywatne i państwowe, w obliczu niżu demograficznego, zaniżają kryteria doboru, aby finansować dotychczasową liczbę etatów. Ten "race to the bottom" ciągnie się przez cały okres studiów: Im więcej licencjatów zda, tym więcej można przyjąć na studia magisterskie.

Profesorzy i politycy będą utyskiwać na niski poziom studentów - choć jest to całkowicie logiczny rezultat funkcjonowania systemu i ich zachowania: uczelnia, która podwyższa próg przyjęcia na studia, ucina gałąź, na której siedzi. Czy z tego zaklętego kręgu jest jakieś wyjście?

Owszem - ale nie da się go pogodzić z zachowaniem autonomii. Skoro obniżenie poziomu jest w interesie wszystkich zainteresowanych wewnątrz systemu, standardy jakości muszą zostać narzucone z zewnątrz. Można to osiągnąć przez umiędzynarodowienie kluczowych dziedzin, np. wprowadzenie warunku zagranicznych recenzji w przypadku prac doktorskich i habilitacyjnych. Te ostatnie w ogóle należałoby pisać po angielsku, wtedy ocenianie nie odbywałoby się w "kręgu kilku przyjaciół", lecz za pomocą renomowanych czasopism i międzynarodowej debaty naukowej.

Drugi element reformy też musi przyjść z zewnątrz: odejście od powszechnego dogmatu, że studia muszą być dla wszystkich. Aby "podbić" wskaźniki skolaryzacji, mamy od kilku lat licencjaty. Ale magisterka i doktoraty nie muszą i nawet nie powinny być dla wszystkich - zwłaszcza te drugie muszą być elitarne. To zaś oznacza, że kryteria i procedury przy promocji i habilitacji trzeba zaostrzyć. Ponieważ uniwersytety nie są w stanie gwarantować przestrzegania wysokiej jakości, elitarne ośrodki badawcze muszą być poza zasięgiem ich władzy. W tę stronę idą też inne kraje, gdzie system szkolnictwa wyższego boryka się z podobnymi problemami jak w Polsce.

W Niemczech prowadziło to do większej ingerencji władzy federalnej w "autonomię" landów i do powstania elitarnych ośrodków finansowanych przez prywatne fundacje i biznes, we Francji do konfliktu między prezydentem i (szczególnie lewicującymi) uczelniami.

Doktorant - tania siła robocza

Trzeci niezbędny element to odejście od modelu kariery naukowej, której wzorem jest "urzędnik piszący podręczniki": podział kadry uniwersyteckiej na pracowników dydaktycznych i naukowców - jedni będą rozliczani według jakości ich wykładów i seminariów, drudzy według jakości ich badań.

Doktor, który po obronie chce zostać na uczelni, miałby do wyboru po pierwsze: wykładać dla studentów pierwszego i ewentualnie drugiego stopnia, na kilkuletnim kontrakcie. W jego ramach byłby zmuszony do uczestniczenia w szkoleniach pedagogicznych dotyczących najnowszych metod przekazywania wiedzy. Jednocześnie byłby zwolniony z obowiązku prowadzenia dalszych badań. Habilitacja nie byłaby konieczna, aby przedłużyć kontrakt, tylko dowód, że ma zdolności dydaktyczne i jest na bieżąco w swojej specjalizacji.

Druga ścieżka kariery to habilitacja pełną gębą: poważny dorobek naukowy w renomowanych czasopismach naukowych (krajowych i zagranicznych), odpowiednia liczba cytowań, wykładów zagranicznych i - przede wszystkim badań własnych ocenianych przez zagranicznych recenzentów i opublikowanych po angielsku. Tacy naukowcy byliby oceniani (i opłacani) według ich dorobku, natomiast zwolnieni z konieczności prowadzenia dydaktyki, z wyjątkiem seminariów doktorskich prowadzonych jako seminaria badawcze.

Doktoranci nie byliby potrzebni jako darmowa siła robocza dla zapełnienia dziur dydaktycznych. Staliby się początkującymi badaczami, którzy w ramach studiów zdobywaliby warsztat naukowy konieczny do napisania pracy doktorskiej i ewentualnie habilitacyjnej. Wielka masa studentów byłaby - jak dotychczas - kształcona przez magistrów i doktorów. Magistranci mieliby zajęcia u profesorów "dydaktycznych" (podobnych do proponowanych przez minister szkolnictwa wyższego Barbarę Kudrycką), doktoranci zaś uczyli się w praktyce prowadzenia badań u profesorów "badawczych". A wszyscy razem byliby oceniani i opłaceni po ocenie ich dorobku (naukowego lub dydaktycznego) przez anonimowych polskich i zagranicznych ekspertów w ustalonych odstępach czasowych.

*prof. nauk politycznych na Uniwersytecie Wrocławskim i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, prezes zarządu Fundacji na rzecz Studiów Europejskich

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 48 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    37 głosów