Tadeusz Sobolewski, Łukasz Grzymisławski: Przełożył pan pięć powieści Vargasa Llosy. Wielokrotnie pan się z nim spotykał. O czym powie w swojej mowie noblowskiej? Carlos Marrodan Casas: Pewnie o tym, o czym najbardziej lubi mówić. Po pierwsze: o funkcji społecznej pisarza. A po drugie: o fikcji literackiej, o tym, czym jest pisanie.
Pisarz zaangażowany? U nas to wciąż pojęcie pejoratywne. - Ale właśnie w Polsce w latach 70. jego powieści - zarówno "Miasto i psy", jak i "Rozmowa w Katedrze" - spełniały oczekiwania, których nie mogła wtedy spełnić powieść polska. Czytano te książki wcale nie poprzez dzieje
Peru, tylko jako opis rzeczywistości polskiej. Dziwię się, że cenzura tego nie zauważała. Pamiętam spotkanie na warszawskiej polonistyce w 1976 r. Vargas Llosa został właśnie przewodniczącym Pen Clubu i jego wizyta w Polsce - po Ursusie i Radomiu, w roku powstania KOR-u - nabierała innego wymiaru. Jego powieści mówiły o systemie, w którym wszystko ulega degrengoladzie, życie publiczne i prywatne. U Llosy te sfery są powiązane. Obok "Gry w klasy" Cortazara i "Stu lat samotności" Marqueza, powieści Llosy współtworzyły ten słynny boom latynoamerykański. Mario Vargas Llosa był od nich młodszy, ale najbardziej rozpoznawalny .
Jak doszło do tego, że w 1990 r. kandydował na prezydenta Peru? - W Ameryce Łacińskiej to nie jest wyjątek - byli tu już prezydenci-pisarze, jeden był krwawym dyktatorem w Argentynie.
W zaangażowaniu politycznym Llosy była jakaś piekielna konsekwencja. Uznał, że przy swojej pozycji może pomóc w zreformowaniu kraju. Nie udało się. Cóż, sława pisarska to jeszcze nie sukces polityczny.
Jego poglądy ewoluowały? - Bardzo. Zaczynał od sympatii komunistycznych. Później przeszedł na pozycje liberalno-konserwatywne. Poparł amerykańską interwencję w Iraku. Łączy wodę z ogniem. Jego korzenie lewicowe są cały czas widoczne. Kiedyś był zaangażowany w rewolucję kubańską, jak Marquez. Dziś Marquez trwa na dawnych pozycjach, a Llosa broni dysydentów, i to od dawna, od czasów, gdy można było jeszcze mieć złudzenia. Syn Llosy jest autorem swego rodzaju "abecadła latynoamerykańskiego idioty" - książki ukazującej zatwardziałość zarówno lewicową, jak prawicową.
Być może decydujące było zetknięcie się z terroryzmem w Peru, zjawiskiem nie mieszczącym się w w kategoriach politycznych. - Llosa był w komisji badającej te zbrodnie.
Po przegranych wyborach musiał zniknąć z Peru? - W sensie symbolicznym - tak. Miał powody do obaw. Pamiętam jego wizytę w Polsce w latach 90. Ambasador obawiał się, co powie centrala w Limie. A Llosa był zażenowany całą sytuacją, nie chciał, żeby gospodarz poniósł za niego jakąś karę.
Jak doszło do rozejścia się Llosy i Marqueza? - Był moment, gdy młodszy Llosa był bardziej popularny od Marqueza. Później obaj byli traktowani na równi, jak dwa literackie bogi. Aż do słynnego incydentu w Meksyku. To historia, która obrosła legendami. Proszę sobie wyobrazić: jest uroczysta premiera filmu o słynnej katastrofie lotniczej w Andach. Idą naprzeciw siebie: Marquez z rozpostartymi ramionami i Llosa, który - co tu dużo mówić - jednym bokserskim ciosem go nokautuje. Mówiono, że poszło o Fidela Castro. Ale, zdaje się, powód był bardziej osobisty: Marquez smalił cholewki do Patrycji, drugiej żony Llosy. Może ten nokaut symbolicznie zakończył boom literatury latynoamerykanskiej? W każdym razie był końcem wspaniałej przyjaźni. A Llosa jest autorem jednej z najcenniejszych książek o Marquezie - "Historii pewnego bogobójstwa" - która dziś jest białym krukiem, bo Llosa nie pozwala jej wznawiać. Może Nobel ich pogodzi.
Czy w swoim kraju Llosa - mieszkający od lat w Europie - to dziś szkolny klasyk? - Nie, choć radość z Nobla na pewno jest tam wielka. Ale po pierwsze, Peru ma wielu wspaniałych pisarzy. To nie sytuacja Marqueza , który w Kolumbii ma status gwiazdy pop. A po drugie, wystarczy przeczytać "Rozmowę w Katedrze", żeby zrozumieć, jaki jest stosunek Llosy do własnej ojczyzny. "Miasto i psy" zostały spalone na dziedzińcu szkoły kadetów, do której chodził. "Ciotka Julia i skryba" wywołały skandal obyczajowy, Llosa opisuje tam perypetie z własnym ślubem, którego nie mógł uzyskać z powodu dalekiego pokrewieństwa z wybranką. Bywa swoim własnym bohaterem. W "Szelmostwach...", "Gawędziarzu" narrator jest w jakimś sensie nim samym.
To pisarz krytyczny i samokrytyczny. Dlatego tak blisko mu do Flauberta, który jest dla niego wzorem pisarza. Oddał mu hołd w "Zielonym domu", nawiązując do "Szkoły uczuć". A przede wszystkim - napisał wspaniałą książkę-esej o Flaubercie, "La orgia perpetua".