Umorzenie śledztwa w sprawie tzw. afery hazardowej zapowiadaliśmy w "Gazecie". W czwartek prokuratorzy ogłosili, że nie potrafili znaleźć wystarczających do oskarżenia dowodów płatnej protekcji. A także, choć wychwycili nieprawidłowości w procesie legislacyjnym dotyczącym noweli ustawy o grach, uważają, że nie dają się one opisać przepisami prawa karnego.
A co zapewnieniami ówczesnego szefa klubu PO i komisji finansów publicznych Zbigniewa Chlebowskiego kierowanymi do biznesmena z branży hazardowej (znamy je ze stenogramów podsłuchów CBA): "na 90 proc. Rysiu, że załatwimy", "blokuję tę sprawę dopłat od roku to wyłącznie moja zasługa"? Do treści rozmów warszawska prokuratura odniosła się w tajnej części uzasadnienia.
W jawnej części - "Gazeta" ją poznała w całości - prokuratorzy Arkadiusz Buśkiewicz i Arkadiusz Dura za dobrą monetę przyjmują zeznania Chlebowskiego, że jego słowa były "nierozważne i niewłaściwe", wynikały z "fantazyjnego i kwiecistego języka".
Wątpliwości więc pozostały. A decyzja prokuratury pokazuje, jak prawo karne rozmija się z oceną moralną, czy polityczną tych zdarzeń.
Śledztwo wszczęte zostało w październiku 2009 r. z zawiadomienia CBA, któremu szefował wtedy
Mariusz Kamiński. Zawiadomieniu towarzyszyły przecieki do mediów stenogramów z podsłuchów rozmów biznesmenów z branży hazardowej, m.in. Ryszarda Sobiesiaka, z politykami PO: Chlebowskim i Mirosławem Drzewieckim (wówczas ministrem sportu). Świadczyć mogły o nielegalnym lobbingu wokół noweli ustawy o grach. Politycy zaprzeczali, a prokuratura stwierdziła, że nie ma przepisów, które za takli lobbing pozwalają karać.
Premier
Donald Tusk Drzewieckiego i Chlebowskiego w 2009 r. strącił w polityczny niebyt. Odwołał też ze stanowisk czterech ministrów którzy przewinęli się w stenogramach CBA - m.in. szefa
MSWiA Grzegorza Schetynę. Bombę rozbroiła najpierw sejmowa komisja śledcza, która głosami koalicji - przy protestach opozycji - wytknęła tylko politykom PO niestosowne zachowania. W końcu dzieła dokończyła prokuratura.
Każdy z czterech wątków śledztwa skończył się umorzeniem:
* Nie ma dowodów, że doszło do płatnej protekcji, czyli że politycy pośredniczyli w zablokowaniu w noweli ustawy o grach zapisów niekorzystnych dla zaprzyjaźnionych z biznesmenów z branży hazardowej. Prokuratorzy piszą np.: "Nie sposób skonkretyzować podejrzeń w jaki sposób Zbigniew Chlebowski miał wpływać na proces legislacyjny "
* Prokuratura "nie ma wątpliwości, że Ryszard Sobiesiak i Jan Kosek kierując się partykularnymi interesami podejmowali próby wywarcia wpływu co najmniej na Zbigniewa Chlebowskiego I Mirosława Drzewieckiego, aby ci podjęli kroki zmierzające do zablokowania nowelizacji" ustawy o grach. Ale nie ma też dowodów, że któryś z polityków PO miał za to osiągnąć jakąś korzyść.
A np. wpłata 18 tys. zł przez Jana Koska (jednego z biznesmenów od hazaru) na kampanię Chlebowskiego? Prokurator: - Biznesmen zeznał, że był to wyraz doceniania jego [Chlebowskiego] roli politycznej.
W przypadku tych dwóch wątków korupcyjnych prok. Buśkiewicz podkreślał w czwartek: - Mamy poszlaki, które uzasadniały prowadzenie śledztwa, ale przed sądem nie bylibyśmy w stanie obronić wersji zdarzeń opisanej w zawiadomieniu CBA, jako jedynej możliwej.
* Prokuratura wychwyciła nieprawidłowości w procesie legislacyjnym, ale zaznacza "że na żadnym etapie tego procesu nie doszło do załamania prawa, w rozumieniu prawa karnego". Kluczowe jest tu pismo z 30 czerwca 2009 r., w którym ministerstwo sportu rezygnuje z zapisu o "dopłatach". Prokuratorzy piszą: "Nie sposób kategorycznie stwierdzić, czy zmiana stanowiska resortu sportu była powodowana analizami sytuacji, nielegalnym lobbingiem czy niekompetencją urzędników i niefrasobliwością, czy wręcz niestarannością Mirosława Drzewieckiego." Tak więc prokuraturze brakuje "kategorycznych ustaleń co do intencji" urzędników resortu. W końcu - by mówić o przestępstwie - trzeba wykazać szkodę, a tej nie było, bo afera przerwała uzgodnienia.
* Wątek próby wprowadzenia do zarządu Totalizatora Sportowego córki Sobiesiaka. Rekomendację - przypomnijmy - wysłał mailem szef gabinetu politycznego ministra sportu Marcin Rosół. I znów prokuratorzy zauważają, że trudno w tym wypadku mówić o "realnym niebezpieczeństwie zaistnienia szkody", "bo nikt na tę rekomendację nie zareagował". Podsumowują: "Nie ma dowodów, że zatrudnienie [córki Sobiesiaka] w Totalizatorze Sportowym miało być elementem szerszego planu mającego na celu przejęcie kontroli nad publicznym i prywatnym sektorem hazardu na terenie kraju."
Bartosz Arłukowicz (
SLD), były członek komisji śledczej: - Zobaczyliśmy bezradność. Skoro prokuratura uważa, że nie złamano prawa, to powinna odtajnić wszystkie materiały tej sprawy.
Beata Kempa (
PiS), też była w komisji: - Mam nadzieję, że prokurator generalny przyjrzy się temu umorzeniu i skieruje sprawę do innej prokuratury. Jeżeli tego nie zrobi, to przegra państwo polskie. Nawet premier Tusk przyznał, że ta afera była.