Legitymujący się doktoratem z historii poseł PiS Zbigniew Girzyński, a wraz z nim inni posłowie tego klubu podczas dyskusji, czy nazwać zbrodnię katyńską "ludobójstwem", użyli w zeszłym tygodniu argumentu, że "podczas procesu norymberskiego sami Rosjanie uznali Katyń za ludobójstwo", tylko przypisali tę zbrodnię Niemcom. Moskwa więc powinna się dziś zgodzić, że Katyń był ludobójstwem, tyle że dokonali go nie
Niemcy, ale radzieckie NKWD na rozkaz biura politycznego z wiosny 1940 r., czego przecież strona rosyjska nie kwestionuje.
Girzyński tworzy pozornie spójną konstrukcję logiczną, ale najwyraźniej niedokładnie pamięta historię procesu norymberskiego. Na podstawie umowy zawartej przez państwa, które wygrały II wojnę światową, przestępstwa hitlerowców osądzone w Norymberdze podzielono na trzy kategorie: • zbrodnie przeciwko pokojowi, • zbrodnie wojenne i • zbrodnie przeciwko ludzkości.
Pojęcia "ludobójstwo" jeszcze w języku prawnym nie było. Dopiero pracował nad nim amerykański prawnik polskiego pochodzenia Raphael Lemkin będący w Norymberdze doradcą głównego oskarżyciela z ramienia
USA Roberta H. Jacksona. Pojęcie "ludobójstwo" weszło do międzynarodowego obiegu prawnego dopiero 9 grudnia 1948 r. po podpisaniu Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa.
- Lemkin to sztuczne słowo "ludobójstwo" (po łacinie genocidum), by nazwać to, co się stało w czasie II wojny światowej. Była to swoista odpowiedź na słowa Winstona Churchilla, że w czasie wojny doszło do czegoś, czego ludzkość wcześniej nie znała. W trakcie procesu norymberskiego jednak tego terminu nie było jeszcze w obiegu prawnym - mówi prof. Adam D. Rotfeld, były szef
MSZ, specjalista w zakresie prawa międzynarodowego, obecnie współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych. W dokumentach z Norymbergi Katyń figuruje więc jako zbrodnia wojenna "polegająca na zabójstwie jeńców i oficerów".
Zostawmy jednak prawniczą kazuistykę. W znaczeniu potocznym słowo "ludobójstwo" oznacza straszną, masową zbrodnię, taśmę produkcyjną do zabijania ludzi. Rosjanie mają na to obrazowy termin "miasorubka" (maszynka do mięsa).
Trudno powiedzieć, czy w Polsce istnieje powszechna zgoda, by nazywać "ludobójstwem" najbardziej tragiczne momenty wymierzone przeciwko naszemu narodowi. Tak czynią środowiska narodowo-katolickie. Taki jest język "Naszego Dziennika", Radia Maryja, części narodowo nastawionych historyków
IPN, posłów PiS, a także części działaczy
PSL. O rzekomym konsensusie w sprawie statusu "ludobójstwa" dla Katynia piszą i mówią ostatnio publicyści "Rzeczpospolitej" oraz dziennika "Polska". Ale to wcale nie znaczy, by rząd domagał się międzynarodowego uznania niektórych momentów z naszej historii za "ludobójstwo".
Pomysł, by zakwalifikować Katyń jako ludobójstwo, pojawił się w 2004 r., kilka lat po powołaniu IPN. Wtedy Polska rozpoczęła z Rosją kolejną fazę rozmów o zamknięciu sprawy katyńskiej. Rosjanie deklarowali gotowość zamknięcia toczącego się od początku lat 90. śledztwa i zakwalifikowania w nim tej sprawy jako "zbrodni wojennej", która również nie ulega przedawnieniu.
Prokuratorzy z IPN upierali się, by jednak przyznać jej status ludobójstwa. Rosjanie byli gotowi zgodzić się na "zbrodnię przeciwko ludzkości", ale po kilku miesiącach sporów strony pozostały przy swoich wyjściowych stanowiskach. W tym czasie klimat polityczny między Polską a Rosją mocno pogorszył się z powodu pomarańczowej rewolucji na Ukrainie i przestaliśmy rozmawiać o Katyniu.
Potem rosyjska prokuratura wojskowa umorzyła śledztwo katyńskie z powodu śmierci zleceniodawców i wykonawców zbrodni. Ponieważ materiały śledztwa utajniono, strona polska na dobrą sprawę nie wie, jak w końcu rosyjscy prokuratorzy zakwalifikowali zbrodnię katyńską. Rosyjskie sądy w sprawach o oficjalną rehabilitację ofiar Katynia odrzucają wnioski rodzin zabitych, twierdząc, że była to "zbrodnia pospolita". I nie kwalifikuje się do dalszego badania.
Od początku 2008 r. w stosunkach z Rosją pojawia się dobry klimat polityczny, by raz na zawsze zamknąć sprawę Katynia, uznając ją za okrutną zbrodnię stalinowską. Czy ją się nazwie zbrodnią wojenną, czy zbrodnią przeciwko ludzkości - ma to naprawdę mniejsze znaczenie.
Rosjanie chcieliby to zrobić po cichu, by nikt się nie dowiedział, że idą na jakieś ustępstwa i biorą na siebie winę za grzechy wobec Polski. Polacy uważają, że takie sprawy należy rozwiązywać publicznie, bo są one ważne dla zbyt wielu osób, by je załatwiać pokątnie.
Dorobek Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych pokazuje, że nie ma między naszymi krajami różnic na poziomie faktów. Rosja nie kwestionuje, że zbrodni dokonało NKWD na rozkaz biura politycznego, a rozstrzeliwanie polskich oficerów nastąpiło głównie w 1940 r., czyli grubo przed rozpoczęciem wojny III Rzeszy z ZSRR. O odpowiedzialności Niemców za Katyń mówią w Rosji jedynie środowiska całkowicie marginalne.
Grupa ds. Trudnych w poufnym liście z czerwca 2009 r. do premierów obu krajów radzi, by sprawę Katynia załatwić w imię przyszłości stosunków polsko-rosyjskich. Wśród rekomendacji jest pomysł, by po obu stronach powstały centra badające stosunki polsko-rosyjskie. To te centra będą depozytariuszami pamięci o Katyniu, dzięki czemu sprawa ta zniknie z agendy polsko-rosyjskiej.
Żądania części polskich polityków, by koniecznie nazwać Katyń ludobójstwem, mogą te wysiłki przekreślić. Rosja niechętnie bije się w piersi, i szczerze mówiąc, trudno się jej dziwić. Jak jest to przykre, choć oczyszczające, Polacy mogli przekonać się w czasie dyskusji o Jedwabnem. Rosjanie na razie nie potrafią zdobyć się na taką refleksję.
W ich historiografii zwycięża imperialny sposób myślenia, ale nie jest on jedyny, o czym świadczy choćby polsko-rosyjska książka o początku II wojny światowej, którą opublikuje w tych dniach Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. - Są tam rosyjskie głosy bardzo nam bliskie i inne głosy, też rosyjskie, będące na antypodach polskiej wrażliwości. Ale nie sposób powiedzieć, że Rosja ma jedno negatywne stanowisko wobec Polski, stalinizmu, paktu Ribbentrop-Mołotow - mówi dr Sławomir Dębski, dyrektor PISM.
Uchwała Sejmu uznająca Katyń za ludobójstwo zaszkodzi tym środowiskom w Rosji, które chcą uczciwego dialogu z Polsku. Jeśli ktoś więc ma interes w tym, by było między naszymi krajami gorzej, powinien jeszcze głośniej krzyczeć, że Katyń był ludobójstwem.
Twierdzenie, że takiej oceny tej zbrodni domagają się krewni ofiar, jest bałamutne. Federacja Rodzin Katyńskich skupiająca rodziny zamordowanych oficerów jest temu przeciwna. Za jest natomiast Komitet Katyński, którego szef Stefan Melak - niegdyś działacz antykomunistycznego podziemia - przyznaje, że osobiście nie ma nic wspólnego z Katyniem. Nie ma on moralnego prawa wypowiadania się w imieniu rodzin ofiar. Dla Melaka Katyń to element walki politycznej i zaistnienia w mediach jako zbrojne ramię PiS, do którego nie kryje sympatii.