Chłopiec ciska butelkę w radziecki czołg, który dopiero co przejechał przez most nad Niemnem. Ma niecałe 13 lat i nie radzi sobie z zapaleniem knota. Butelka z benzyną roztrzaskuje się o pancerz. Z maszyny wyskakuje czarny tankista. Jest wściekły, spuszcza chłopakowi lanie. Sowieci przywiązują go rozkrzyżowanego pod lufą czołgu. Ruszają dalej - zdobywać Grodno.
Jest 21 września 1939 r. Ulica prowadzi pod górę. Po prawej są koszary, z których strzelają Polacy. Dowodzi nimi listonosz spod Wilna, który tak imponuje swoim pocztowym mundurem, że młodzież widzi w nim doświadczonego dowódcę. Podbiega jeden z obrońców: "Panie komendancie, do czołgu przywiązany sztubak, co robić?!".
- Ognia! - rozkazuje pocztylion, choć wie, że kule z karabinu nie mogą przebić czołgowego pancerza. Część strzelców jest w wieku 15-17 lat.
Czołg mija linię obrony, wtacza się wolno w miasto, silnik potwornie ryczy, gąsienice zgrzytają po bruku.
Nauczycielka Grażyna Lipińska, lat 37, jest przełożoną sanitariuszek. Dostrzega chłopca. Wybiega przed czołg, więc maszyna hamuje. Krew z ran dziecka ścieka strużkami po żelazie. Do Lipińskiej podbiega koleżanka, zaczynają odwiązywać rannego. Z czołgu wyskakuje czarny tankista. Krzyczy ochrypłym głosem jakieś oskarżenia, wygraża rewolwerem, ale nie strzela.
Kobiety rozpoznają chłopca. Jedyne dziecko Zofii Jasińskiej, samotnej matki, służącej w jednym z zamożnych domów.
Tadzik jest już na noszach, za chwilę - w szpitalu. Pięć ran od kul karabinowych. Wbiega zaalarmowana matka. Chłopiec kona na jej rękach. Zofia Jasińska patrzy w gasnące oczy, szepcze: - Tadzik, ciesz się! Polska armia wraca! Śpiewają...
Prawie wszyscy Jednak kilka godzin po śmierci Tadzika całe 60-tysięczne miasto jest już pod radziecką kontrolą. Na ulicach zniszczone czołgi, swąd spalonych ciał. Bolszewicy byli pewni, że wezmą Grodno kolumną pancerną z marszu - jak inne miejscowości polskich Kresów.
Uciekł prezydent miasta Witold Cieński i starosta powiatowy Tadeusz Walicki. Wprawdzie Grodno było siedzibą dużego garnizonu, ale główne siły na początku września przetransportowano na zachód kraju do walki z Niemcami.
Nawet gen. Józef Olszyna-Wilczyński uciekł samochodem z żoną i adiutantem, choć wiedział, że jest potrzebny, bo bolszewicy wejdą lada moment. - Wrócimy do was bohaterskich jak jałmużnicy, żebrząc waszej chwały - mówi przed odjazdem do zaprzyjaźnionej Grażyny Lipińskiej zawstydzonym, drżącym z przejęcia głosem.
Pojechał na Białystok, dwie godziny później był martwy. W drodze złapali ich Sowieci - zastrzelili generała i adiutanta. Panią generałową puścili wolno.
W Grodnie do walki staje 800 żołnierzy, cywilni mieszkańcy i rezerwiści z innych regionów Polski, którzy nie zdążyli dotrzeć do macierzystych jednostek. Mnóstwo młodzieży - głównie harcerze. Razem dwa, góra dwa i pół tysiąca.
Do tego gimnazjalistki i harcerki jako sanitariuszki. Z braku opatrunków będą darły prześcieradła na pasy i robiły z nich bandaże.
Przed walką jeden z dowódców, mjr Benedykt Serafin, powiedział wprost: "Sytuacja jest beznadziejna, wojna przegrana - kto nie chce walczyć, ma prawo odejść".
Zostali prawie wszyscy.
Mają dwa działka przeciwlotnicze, karabiny maszynowe, granaty i butelki z benzyną - niezwykle skuteczne. Dopiero po pierwszym dniu walk, w nocy z 20 na 21 września, do miasta przybywa gen. Wacław Przeździecki z dwoma pułkami kawalerii. Obejmuje dowództwo obrony. Ułani walczą na przedpolach Grodna.
Rosjanie mają miażdżącą przewagę.
Oficjalne dane o sowieckich stratach: 53 poległych, 161 rannych, pięć czołgów zniszczonych, 14 uszkodzonych.
Po zwycięstwie Rosjanie mszczą się na obrońcach. Przeszukują
domy, aresztują ukrywających się. Po nocach na przedmieściach słychać strzały. Jedna kula - jeden Polak. Kilka miejsc egzekucji: Psia Górka, "krzyżówka", Pohulanka, lasek "Sekret". Ktoś zauważa grupę chłopców, nie więcej niż 15-letnich - idą gęsiego, związani za ręce, pod bagnetami. Nie wiadomo, ilu obrońców zginęło. Na Psiej Górce podobno trzystu, do dziś nikt nie zadbał o godny pochówek, leżą pod postawionymi na dziko garażami nowych mieszkańców Grodna.