http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lwów. Plebiscytu nie będzie

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2009-09-18, ostatnia aktualizacja 2009-09-19 18:56

Mróz dochodzi do minus 42 stopni. Bolszewicy wyciągają z mieszkań 23 tysiące lwowian. Co szósty nie przeżyje podróży. Pierwsze ciała zamarzniętych dzieci enkawudziści wyrzucają z wagonów jeszcze na stacji. Kilka tygodni później ze wschodu zaczynają przychodzić listy. O życiu w lepiankach, pracy w kołchozach, poniewierce, śmierci. Lwów z płaczem dołącza do wielkiej rodziny miast ZSRR

ZOBACZ TAKŻE
GALERIA ZDJĘĆ
21 września 1939, dziesiąty dzień oblężenia Lwowa. Niemcy i Sowieci wspólnie zaciskają pierścień.

Jeszcze nad ranem niemiecki parlamentariusz przekonywał Polaków: poddanie się nam oznacza pozostanie w Europie, poddanie się Armii Czerwonej to przejście na zawsze do Azji.

Gdy wstaje słońce, jest jasne, że Polacy nie mają już nawet i tego wyboru. Lwów pozostanie po wschodniej stronie nowej granicy na Sanie. Trwająca ubiegłą noc niemiecka strzelanina to było tylko maskowanie odwrotu.

Po południu, gdy słońce czerwieni dachy ostatnich miejskich kamienic na rogatce łyczakowskiej, spotykają się Polacy i bolszewicy, którzy gwarantują pozostawienie na miejscu dotychczasowych władz miejskich, nietykalność mieszkańców, zachowanie własności prywatnej, możliwość wyjazdu na Węgry i do Rumunii. Sowieci rozmawiają grzecznie, proponują herbatę, zobowiązują się wystawić gwarancje na piśmie.

Kierujący polską obroną gen. Władysław Langner też stara się być uprzejmy:

- To z Niemcami prowadzimy wojnę - mówi. - Germanie są wrogami całej Słowiańszczyzny. A wy jesteście Słowianie...

Sowieci potakują.

Nazajutrz Langner, sam lwowiak, poddaje miasto - mimo zbrojnego buntu młodych, domagających się dalszej walki żołnierzy. Obrońcy zbierają się teraz na pięknym, strojnym placu Bernardyńskim. W cieniu pierzei - wzdłuż kapiących od ozdób kamienic - stoją w tyralierach milczące postacie.

"Drobne figury, twarze azjatyckie, w owijaczach, z karabinami na sznurkach, chyba Kałmucy - zapisze potem ppłk. Jan Sokołowski. - Odbierają broń nadchodzącym oficerom. A więc jesteśmy niewolnikami. Pod wieczór ustawiają nas w czwórki i wyprowadzają na szosę do Winnik".

Kiedy wychodzący ze Lwowa mijają się na ulicy z wjeżdżającymi sowieckimi czołgami, kolumny czwórek idą w rozsypkę. Zdezorientowani konwojenci usiłują przekrzyczeć ryk potężnych diesli, gubią się między maszerującymi z przeciwka. Idealne warunki, by prysnąć w bramę. Ale polscy oficerowie nie uciekają. W Winnikach mają być przecież - zgodnie z porozumieniem - zwolnieni do domów. W Europie przestrzega się umów.

"Gdy doszliśmy do Winnik, zamiast zwolnić, wpędzili nas do hali fabryki papierosów - wspomina Sokołowski. - Przyszedł jakiś czerwonoarmista i zamiast kolacji poczęstował propagandą. Następnego dnia, bez śniadania, wyruszyliśmy w dalszą drogę".

Dla większości koniec tej drogi to Katyń.

Lwów już nie będzie polski.

Pierwsza i druga obrona

Wcielony do Korony przez królową Jadwigę trwał przy niej przez 400 lat. Kolejne 150 - przy Austrii. XIX wiek to nie był zły czas. Drewniane parterowe domy ustąpiły kilkupiętrowym kamienicom, kępy chaszczy - parkom i skwerom z ławeczkami. Gdy zajęte przez Rosjan Warszawa i Łódź pełne były jeszcze końskiego nawozu, a mydliny wylewały się z okien, ulicami cesarsko-królewskiego Lwowa jeździły tramwaje, wszystkie dzielnice miały już prąd i telefony, gęsto świeciły latarnie, działały wodociągi. Po wybrukowanych ulicach spacerowały w długich sukniach Polki, Ukrainki, Żydówki, Niemki, żony lwowskich Ormian, Tatarów, Węgrów.

Pierwsza obrona Lwowa to rok 1918. Gdy upada austro-węgierskie imperium, niepodległość ogłaszają równocześnie Polacy i Ukraińcy. Polaków wspierają wojskami Kraków i Warszawa, Ukraińcy muszą przegrać.

Druga obrona - rok 1920. Kiedy sowiecki Front Zachodni atakuje Warszawę, Front Południowy z komisarzem politycznym Józefem Stalinem uderza na Lwów. Pod Zadwórzem - stacyjką kolejową na przedpolu miasta - batalion ochotników staje przeciw konnej dywizji Siemiona Budionnego. Spośród 330 polskich obrońców ginie 318. Dzięki ich śmierci Budionny nie zdąży z odsieczą nad Wisłę.

Przywrócony Polsce Lwów nieco zwalnia gospodarczy rozwój, ale bawi się jak żadne inne miasto. Krajowa elita zjeżdża na wystawne przyjęcia w hotelu George, w zatłoczonej, otwartej "zawsze i o każdej porze" kawiarni Atlas można już przed południem spotkać rozbawionych Solskiego, Jaracza, Hemara. Po południu wszystkich bawi do łez audycja Radia Lwów - "Wesoła fala". Szczepcio i Tońcio, dwaj batiarzy, gawędzą tak uroczo, że w czasie emisji "Fali" ulice miasta pustoszeją.

Kałmuki rabują ludzi

Trzecia obrona Lwowa zaczyna się niemieckim szturmem, a kończy sowiecką zdradą. 23 września 1939 do miasta wlewają się sowieccy żołnierze i ich politrucy. Oglądają pełne sklepy, czyste chodniki, wyprasowane garnitury na wystawach.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    44 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':