http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zdarzyło się 17 września: Sowiety wkroczyły

Włodzimierz Kalicki
2009-09-17, ostatnia aktualizacja 2009-09-17 11:43

Urzędnicy w Tarnopolu postanawiają: trzeba oficjalnie powitać Armię Czerwoną. Dlatego radca Olesza zakłada frak, cylinder i bierze służbowy samochód

<b>Grodno, koniec czerwca 1941.</b> Po ucieczce radzieckich wojsk miasto zostało zajęte przez Niemców, którzy sfotografowali m.in. zniszczenia dokonane
przez ich lotnictwo. W tle - barokowa fara przy przedwojennym placu Batorego (obecnie pl. Sowiecki)
Grodno, koniec czerwca 1941. Po ucieczce radzieckich wojsk miasto zostało...
O wpół do 2 w nocy wezwany nagłym telefonem niemiecki ambasador w Moskwie Friedrich Werner von der Schulenburg jedzie na Kreml. Punktualnie o 2 przyjmuje go w swym gabinecie Stalin, któremu towarzyszą ludowy komisarz spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow i ludowy komisarz obrony Kliment Woroszyłow. Po ciepłym powitaniu Stalin oświadcza, że dziś o 6 rano czasu moskiewskiego Armia Czerwona przekroczy granice Polski na całej linii od Połocka po Kamieniec Podolski. Sowieckie lotnictwo rozpocznie bombardowanie terenów na wschód od Lwowa. Stalin prosi, by w celu uniknięcia incydentów niemieckie samoloty nie latały dalej na wschód niż do linii Białystok - Brześć Litewski - Lwów. Potem odczytuje niemieckiemu ambasadorowi treść noty, która za niecałą godzinę ma być wręczona ambasadorowi Polski w Moskwie Wacławowi Grzybowskiemu.

Godz. 2.15: jeszcze w tużurku

O 2.15 w nocy w ambasadzie RP w Moskwie dzwoni telefon. Dyżurujący radca Ignacy Jankowski podnosi słuchawkę. Sowiecki urzędnik z sekretariatu zastępcy ludowego komisarza spraw zagranicznych Władimira Potiomkina domaga się rozmowy z ambasadorem Wacławem Grzybowskim. Wyrwany ze snu ambasador słyszy, że komisarz Potiomkin wzywa go na godzinę 3 w nocy w celu przekazania bardzo ważnego oświadczenia sowieckiego rządu. Grzybowski uprzedza, że nie spodziewał się nocnego spotkania i może się trochę spóźnić. Przez chwilę deliberuje nad stosownym na tę porę strojem - to przecież już nie wieczór, gdy obowiązuje strój wieczorowy, ale jeszcze nie rano. W końcu wybiera tużurek. Gdy samochód wyjeżdża z bramy ambasady, Grzybowski dostrzega, że zaskoczony milicjant pełniący służbę przed ambasadą pędzi do budki z telefonem. Wezwanie jest naprawdę nagłe, skoro nie zdążono go uprzedzić. Wszystko to nie nastraja ambasadora optymistycznie. Od kilku dni sowiecka prasa z "Prawdą" ma czele brutalnie atakuje Polskę, zarzucając władzom prześladowanie Białorusinów i Ukraińców.

Potiomkin oczekuje Grzybowskiego w swoim gabinecie. Sztywno wita ambasadora i odczytuje mu notę sowieckiego rządu. "Wojna polsko-niemiecka ujawniła bankructwo państwa polskiego. W ciągu 10 dni działań wojennych Polska utraciła wszystkie swoje ośrodki przemysłowe i kulturalne. Warszawa nie jest już stolicą Polski (...) rząd radziecki nie może dłużej obojętnie patrzeć na to, jak pokrewne mu narody ukraiński i białoruski, które żyją na terytorium Polski, zostały w stanie bezbronnym pozostawione swojemu losowi. W tych okolicznościach rząd radziecki nakazał dowództwu Armii Czerwonej wydać rozkaz do przekroczenia granicy w celu wzięcia w obronę życia i mienia ludności Zachodniej Ukrainy i Białorusi".

Grzybowski wysłuchuje jeszcze sowieckich zapewnień, że zostaną użyte wszelkie środki, by wywikłać polski naród z wojny.

Gdy Potiomkin kończy, ambasador przez chwilę zbiera myśli. W końcu oświadcza, że odmawia odebrania noty i przekazania jej polskiemu rządowi. Kategorycznie protestuje przeciw formie i treści noty i oświadcza, że jest to jednostronne zerwanie istniejących i obowiązujących oba państwa układów, w szczególności zaś zawartego w 1932 roku paktu o nieagresji, którego ważność upływa dopiero w 1945 roku. Podkreśla, że polski rząd przebywa i pracuje na terytorium Polski, zaś polska armia ciągle walczy. W trakcie wystąpienia Grzybowski otrząsa się z szoku i wyraźnie nabiera rozpędu. "Gdzie jest wasza słowiańska solidarność, o której mówił pan tyle razy" - pyta Potiomkina, i od razu dodaje, że w Polsce swój legion do walki z Niemcami formują Czesi, także Słowianie. Napoleon był już kiedyś w Moskwie, ale póki biła się armia Kutuzowa, nikomu nie przyszło do głowy ogłaszanie upadku Rosji, argumentuje dalej Grzybowski.

"Panie ambasadorze, weźmie pan na siebie ciężką odpowiedzialność przed historią w razie nieprzyjęcia dokumentu tak wielkiej wagi" - przerywa poirytowany Potiomkin.

"Gdybym zgodził się na przekazanie tej noty swojemu rządowi, byłoby to dowodem braku szacunku nie tylko dla niego, lecz także dowodem, że straciłem szacunek dla rządu sowieckiego" - replikuje Grzybowski. I nadal przekonuje Potiomkina, że na froncie polsko-niemieckim wszystko jest jeszcze możliwe. Sowiecki dygnitarz oświadcza, że w tej sytuacji musi się skonsultować z rządem. Grzybowski odpowiada, że poczeka.

Dochodzi 4.30 nad ranem, gdy znów zjawia się Potiomkin. Sowiecki rząd podtrzymuje swe stanowisko.

Ambasador Grzybowski noty nie odbiera. Wraca do ambasady i pośpiesznie redaguje tekst radiogramu do ministra Józefa Becka. Wysyła go o 5 nad ranem.

Godz. 6.15: sowiecka czapka

Polskie wojska bronią się przed Wehrmachtem wzdłuż linii Augustów - Białystok - Białowieża - Brześć nad Bugiem - Łuków - Dęblin - Kraśnik - Zamość - Tomaszów Lubelski - Rawa Ruska - Lwów - Borysław - Turka, a na zachód od frontu polsko-niemieckiego ciągle bronią się Warszawa, Hel, Oksywie oraz - nad Bzurą - prawie 140 tys. żołnierzy armii "Poznań" i "Pomorze".

Pod polską kontrolą ciągle pozostaje jedna trzecia powierzchni kraju. Na tym terenie znajduje się ponad 200 tys. żołnierzy, tylko częściowo uzbrojonych i umundurowanych, pozostających nie w składzie regularnych jednostek bojowych, lecz improwizowanych zgrupowań.

Niemal nikt z polskich władz nie spodziewa się sowieckiej inwazji. Wojna z Niemcami spowodowała osłabienie sił broniących wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Zgodnie z rozkazem naczelnego wodza wszystkie zmobilizowane na kresach jednostki bez zwłoki wysyłano na front, przeciwko Niemcom. Bataliony Korpusu Obrony Pogranicza są przetrzebione ustawicznym wyciąganiem na front najlepszych żołnierzy, broni maszynowej i dosyłaniem rezerwistów pochodzenia niemieckiego, których dowództwo obawia się kierować do walki z Wehrmachtem. Na liczącej ponad 1400 km granicy z ZSRR znajduje się już tylko 18 batalionów KOP. Wraz z dodatkowymi jednostkami to niespełna 20 tys. żołnierzy. Przeciwko nim Stalin rzuca niemal milion żołnierzy, ponad 4 tys. czołgów i samochodów pancernych, niemal tysiąc samolotów. Na wielu odcinkach jednego kilometra granicy bronić ma średnio 10 żołnierzy. I broni.

Pod Husiatyniem o 3 w nocy wybucha gwałtowna strzelanina. Pełniący nocną służbę w strażnicy sierżant Kolendo wysyła w stronę granicy kilka patroli z erkaemami. Tuż przed czwartą na strażnicę, w której zostało tylko kilkunastu żołnierzy, sypie się lawina strzałów z broni maszynowej i ręcznej. Żołnierze KOP strzelają celnie. Co rusz któryś z napastników pada w trawę i nie podnosi się. Ale kim są napastnicy? Obrońcy podejrzewają, że mogą to być bandyci albo dywersanci nasłani z Sowietów. Po 6 rano sierż. Kolendo wraz z dwoma żołnierzami schodzi na parter i obrzuca napastników granatami. Po chwili wraca ranny w rękę, ale z sowiecką czapką wojskową i karabinem. A więc to regularne wojska sowieckie! O 8 rano strzelanina cichnie. W świetle dnia widać na przedpolu zabitych i rannych sowieckich sołdatów. W ciszy nagle rozlega się pukanie do tylnych drzwi. To wraca jeden z żołnierzy wysłanych przez sierżanta na patrol. Melduje, że Husiatyń zajęty jest przez wojsko sowieckie, a przez Zbrucz sowieccy saperzy budują drewniany most. Sierżant Kolendo zbiera załogę i mówi: "Koledzy, póki jest cicho i wyjście jest wolne, wszyscy pryskamy, gdzie kto może, i ukrywamy się. Dziękuję wam za służbę!".

Opór strażnic KOP rozrzuconych wzdłuż granicy trwa po kilka godzin. Potem w głąb kraju wlewają się ogromne kolumny sowieckich wojsk.

Godz. 5: zapytanie o intencje

Sztab naczelnego wodza marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza stacjonuje w jednej ze szkół na południowym krańcu Kołomyi. O 4.45 do sztabu dociera meldunek mjr. Józefa Bieńkowskiego z placówki wywiadu wojskowego w Czortkowie na Podolu: "Od godz. 3 w rejonie Podwołoczysk, Husiatynia i Załucza jakieś nie rozpoznane z powodu ciemności oddziały usiłują przekroczyć granicę. W chwili obecnej trwa tam walka oddziałów KOP". 10 minut później kpt. Jerzy Fryzendorf z szefostwa wywiadu KOP alarmuje: "O godzinie 4.20 rozpoznano, że są to regularne oddziały bolszewickie. Za nimi słychać szum motorów". Szef sztabu Naczelnego Wodza poleca zbudzić marszałka Śmigłego-Rydza, a sam telefonicznie uzgadnia z ministrem spraw zagranicznych Józefem Beckiem wysłanie parlamentariusza z pułku KOP "Podole" do najbliższego dowództwa sowieckiego z pytaniem o intencje.

Późnym rankiem intencje Kremla są jasne - to inwazja na wielką skalę, prowadzona podstępnie, pod pozorem niesienia pomocy. Na podstęp ten nie dają się nabrać żołnierze KOP, ale w głębi Kresów rezerwiści są zdezorientowani.

Marszałek Śmigły-Rydz zachowuje kamienny spokój. W pierwszym odruchu chce się bić, rozważa warianty ustawienia obrony przeciw nowemu wrogowi. Potem pojmuje, że słabo uzbrojone oddziały tyłowe i zapasowe nie mają w walce żadnych szans. Najważniejsze teraz to ratować ludzi. Po konsultacjach z rządem wydaje po południu rozkaz dla całego wojska: "Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie się na Węgry i Rumunię najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba że w razie natarcia z ich strony albo prób rozbrojenia oddziałów. Zadania Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami, bez zmian".

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.5

86 głosów