http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niespotykanie spokojny człowiek

Jacek Szczerba
2011-01-29, ostatnia aktualizacja 2011-01-28 19:16

"Pewien dżentelmen" to minimalistyczna czarna komedia w stylu braci Kaurismäki. Czy ktoś oprócz mnie lubi grać przeciętniaków - pyta w rozmowie z "Gazetą" aktor Stellan Skarsgard

"Pewien dżentelmen", reż. Hans Petter Moland, Norwegia, 2010



Ulrik (Stellan Skarsgard) po 12 latach wychodzi z więzienia. Siedział za morderstwo. To ktoś, kto nie umie odmawiać. Jego kumpel - gangster Jensen (Bjorn Floberg) - domaga się, by Ulrik zemścił się na człowieku, którego donos wepchnął go za kratki. I Ulrik obiecuje, że się zemści, choć wcale nie ma na to ochoty.

Kobieta, u której wynajmuje pokój, codziennie przynosi Ulrikowi kolację i domaga się od niego seksu. Ulrik kolację zjada i seksu nie odmawia, choć kobieta, mówiąc delikatnie, do atrakcyjnych nie należy.

Ulrik ma syna, który ożeniwszy się, powiedział swej połowicy, że jego ojciec nie żyje. Teraz synowa spodziewa się dziecka, ale Ulrika, mordercy przecież, znać nie chce. Syn powtarza mu ten wyrok i Ulrik się usuwa.

Ulrik zatrudnia się w warsztacie samochodowym. Gdy szef ląduje w szpitalu, Ulrik go zastępuje. Gdy szef prosi go, by nie zbliżał się do jego seksownej pracownicy, a ta mówi to samo, Ulrik się nie zbliża. Ale jak długo można się na wszystko godzić?

"Pewien dżentelmen" to komedia w stylu braci Kaurismäki - banalne ludzkie zachowania poprzez swą mechaniczną powtarzalność nabierają tu absurdalnego posmaku. Właściciel warsztatu samochodowego mówi mało, jednak gdy się już odezwie, wygłasza przemówienie w stylu medialnej mowy-trawy, a gangster Jensen ma podwładnego, którego ciągle poucza i poprawia, jeśli ten coś źle zrobi albo źle powie. Ale najbardziej absurdalny jest motyw przypadkowego oglądania polskiej telewizji: "Tańca z gwiazdami", piosenek Krzysztofa Krawczyka czy "Trędowatej" Jerzego Hoffmana. Bohaterowie nie znają polskiego, ale i tak rozumieją tyle, ile trzeba, i strasznie im się podoba. Z norweskiej perspektywy doceniają w naszej telewizji optymistyczną energię.



Rozmowa ze Stellanem Skarsgardem

odtwórcą roli Ulrika



Mariola Wiktor: W "Pewnym dżentelmenie" zagrał pan w najbardziej nieromantycznej scenie erotycznej, jaką widziałam w kinie.

Stellan Skarsgard: Kiedy zwyczajni ludzie uprawiają seks, to nie zawsze jest to piękny widok. Kamera zwykle upiększa akt, nie pokazując go w detalach, a nad choreografią aktorów pracują styliści. Moland natomiast dobrał aktorów, którzy wyglądają na ludzi zmęczonych i rozczarowanych życiem. Trudno w tej sytuacji o romantyczny poryw uczuć. W swej nieporadności, brzydocie, pożądaniu są po prostu śmieszni i groteskowi, ale seks jest także i powinien być zabawny.

Mój bohater Ulrik, który po wyjściu z więzienia musi na nowo ułożyć swoje życie, od dawna nie miał kobiety, ale z całą pewnością nie marzył o tak nieurodziwej partnerce i tak niesprzyjających okolicznościach. Ulrik zachowuje się tak, jakby przed stosunkiem wolał uciec do swojej celi. To ironia losu.

Lubi pan eksperymentować?

- Lubię i dlatego pracuję z Molandem czy Larsem von Trierem. U Molanda zagrałem wcześniej w "Aberdeen". Dziś jestem dumny z tamtej roli alkoholika, wtedy jednak musiałem pokonać barierę wstydu. Aby pokazać człowieka, który stracił godność, ale jednocześnie próbuje być potrzebny, zdecydowałem się wystąpić niemal nagi, brudny, pijany, odrażający, żałosny.

Zawsze, nawet w epizodach próbuję szukać w moich bohaterach wieloznaczności i sprzeczności. Nie zgadzam się na papierowe postaci. To nie był film o tym, jak alkohol niszczy życie jednego człowieka, ale o relacjach między ludźmi. Ja bywałem w swoim życiu prywatnym pijany, wiem, jak zachowuje się wtedy człowiek, ale mimo to odrzuciłem cały ten sztafaż gestów, ruchów, min. Nigdy nie wziąłem do ust alkoholu na planie, bo rola wymagała koncentracji, po to, by autentycznie wybrzmiały relacje między ojcem i córką.

W maju na festiwalu w Cannes zobaczymy pana w nowym filmie von Triera "Melancholia".

- Są aktorzy, którzy nie znoszą Larsa, dla mnie praca z nim to nieustające wakacje. Żaden reżyser nie daje mi tyle wolności, bo ja w zamian zgadzam się na jego eksperymenty... Pamiętam, że kiedy kręciliśmy sceny intymne w "Przełamując fale", Lars, podobnie jak Moland w "Pewnym dżentelmenie", świadomie nakręcił je bez upiększania. Ślubna suknia panny młodej jest brzydka, pokój, w którym dochodzi do zbliżenia bohaterów, ma wstrętne, odklejające się tapety. Nie ma w tych scenach nic pięknego, kochankowie są dość niezgrabni, a jednak jest w nich ludzkie ciepło. Zamiast typowego love story - miłość idealna, prawdziwa, wychodząca poza śmieszne seksualne ruchy. Kiedy z kolei miałem zagrać scenę gwałtu w "Dogville", Lars chciał, bym wyobraził ją sobie jako akt jak najbardziej romantyczny.

Podobno od czasów Grety Garbo jest pan najlepszym szwedzkim towarem eksportowym w Hollywood.

- Łatwiej zrobić ze mnie przeciętnego brzydala, niż ucharakteryzować na amanta. A kto oprócz mnie lubi grać przeciętniaków?

Milosz Forman powiedział, że jestem aktorem, który nie ma swojej twarzy, i że nigdy nie usiłuję być większy niż moje role. Rozumiem, że chciał przez to powiedzieć, że mogę zagrać wszystko i mam ważną w tej profesji elastyczność oraz pokorę. Myślę, że może to wynika ze skandynawskiego etosu pracy. Szwedzcy aktorzy faktycznie odnoszą sukcesy za granicą i nie chodzi tylko o to, że mają dobre przygotowanie teatralne oraz bergmanowskie tradycje. Znaczenie ma także nasz północny temperament - my lubimy dystans, chłód, wyciszenie. Dlatego wolimy psychologiczne zawiłości, egzystencjalne dramaty, grzebanie się w mrocznych zakamarkach duszy. No i mówimy po angielsku bez akcentu.

Mogę sobie dziś wybierać między kinem komercyjnym i artystycznym, a w dodatku gram także w Europie. To komfort. Lubię ryzyko artystyczne, a dzięki propozycjom takim jak "Piraci z Karaibów" czy "Mamma Mia!" mogę sobie na nie pozwolić.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':