http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Włoska elegia dla komunizmu

Tadeusz Sobolewski, Wenecja
2009-09-04, ostatnia aktualizacja 2009-09-03 19:00

"Baaria" Giuseppe Tornatorego - filmowy fresk historyczny, który zainaugurował festiwal wenecki - zbiera entuzjastyczne recenzje, trafia w sedno włoskich nastrojów

ZOBACZ TAKŻE
Okolice dawnego Casino - konstruktywistycznego budynku, gdzie w 1932 r. zainaugurowano pierwszy na świecie festiwal filmowy - są dzisiaj placem budowy. Krążymy wśród płotów i rusztowań. Na Lido powstaje nowy, wielki festiwalowy bunkier. Ale atmosfera prowizorki pasuje do weneckiego festiwalu kierowanego od kilku lat przez Marco Muellera - ciekawego, nieraz krytykowanego lewicowego krytyka. Mueller sprawił, że ta impreza nabrała ducha partyzanckiego. Wenecka Mostra nie skupia ani w części tylu dziennikarzy i filmowców co Cannes, nie decyduje o hierarchii artystycznego kina, nie przynosi tylu autorskich odkryć. Jednak ma cechy autentycznej kulturalnej manifestacji.

Festiwal rozpoczął się zresztą od manifestacji ulicznej. Kiedy po czerwonym dywanie spacerowała Monica Bellucci, policja z tarczami powstrzymywała antyglobalistyczny pochód. Grupa studentów szła środkiem ulicy - krzyczeli o kryzysie wyższych uczelni, o "dobijaniu kultury" i "śmierci kina". W tym samym czasie na osobnej konferencji włoscy filmowcy krytykowali ostatnie posunięcia rządu Berlusconiego: cięcia budżetowe w kulturze, zmniejszenie wsparcia dla rodzimego kina. Włoska opinia publiczna widzi w Berlusconim głównego sprawcę telewizyjnego zgłupienia. Głośny dokument "Di me cosa ne sai" ("Co ty o mnie wiesz") Valeria Jalongo, pokazywany w sekcji Venice Days, o którym pisałem już w zapowiedzi weneckiego festiwalu - w którym młodzi ludzie, pytani, kto to Fellini, odpowiadają: nie wiemy! - docieka przyczyn spustoszenia kulturalnego i degrengolady włoskiego kina, które w ostatnich dekadach utraciło swoje genialne wyczucie społeczne i umiejętność docierania do rzeczywistości. Dyskusja, która rozpala włoskie elity, w Polsce jest dopiero przed nami, kiedy społeczeństwu zostaną zwrócone skomercjalizowane i upartyjnione dziś publiczne media.

Na otwarcie wielkich festiwali daje się często komercyjne, hollywoodzkie hity. Mueller przełamał tę tradycję - rozpoczął filmem rodzimym. I udało się. "Baaria" Giuseppe Tornatorego została przyjęta dziesięciominutową owacją na stojąco. Choć, jak podaje branżowe "Variety", prasa zagraniczna pozostaje chłodna, a film rezonuje głównie wśród Włochów.

"Baaria" to gwarowy skrót nazwy Bagheria - rodzinnego miasteczka reżysera, w którym mieszkał do 28. roku życia (tam też dzieje się jego słynne "Cinema Paradiso"). Spektakularny film Tornatorego - jeden z najdroższych, jakie zrealizowano ostatnio we Włoszech - jest próbą dotarcia ze społecznym przekazem do publiczności wychowanej na telewizyjnych serialach. W przyspieszonym tempie rozwija się fresk powojennej historii Włoch, skupiony na losach jednej rodziny z sycylijskiego miasteczka. W naenergetyzowanych, gładkich obrazach przypominających chwilami reklamowe spoty Tornatore opowiada życie Peppina Torrenuovego - człowieka, który mógłby być jego ojcem, syna miejscowego pastucha, który wyrósł po wojnie na komunistycznego działacza.

Fresk Tornatorego może kojarzyć się z socrealistycznym plakatem. Ale w tym historycznym komiksie udało się przekazać dramat pokolenia, dla którego komunizm nie był narzuconą ideologią, z którą dziś wiąże się wszystko co najgorsze w życiu powojennej Europy, ale autentycznym, antyfaszystowskim ruchem. Oczywiście w tym doświadczeniu jest także moment rozczarowania - gdy Peppino wraca z delegacji do ZSRR, który nie okazał się krajem powszechnej szczęśliwości - ale włoski "Człowiek z marmuru" ma w sobie ton niekłamanej nostalgii za czasami społecznej mobilizacji. To nie propaganda, raczej elegia, ukazanie z elementarną prostotą, na przykładzie jednego miasteczka, pejzażu społecznego dawnych Włoch: z Kościołem, faszyzmem, komunistami, chadecją, mafią. Wszystko to ujęte w symboliczną, przejmującą ramę - bieg małego Peppina, którego mężczyźni popijający wino przy głównej ulicy Baarii posłali po papierosy.

Ten bieg trwa całe życie - wygrane? Przegrane? Emerytowany komunista czuje się dziś na ulicy Baarii bezradny jak tamten chłopiec, choć wie, że już nie zacznie swego biegu od nowa. Nie wiadomo, w którą stronę biec. Chciałoby się jak kiedyś, w czasach społecznej wiary, "objąć cały świat", ale ręce okazują się za krótkie.

Berlusconi, czując sukces, zdążył już nazwać ten film "arcydziełem, które każdy Włoch powinien zobaczyć". Lewicowiec Tornatore podziękował za komplement, tym bardziej że "pochodzący od polityka przeciwnej opcji", ale nie zgodził się z Berlusconim, że sens "Baarii" sprowadza się do rozczarowania komunizmem. Rzeczywiście film wydaje się raczej hołdem dla komunistycznej generacji ojców, znakomicie trafiającym we współczesne rozczarowanie polityką i powszechny zanik społecznikowskiej pasji. Pokazany na tegorocznym festiwalu jako "wydarzenie specjalne" "Katyń" Wajdy stanie się niezamierzonym komentarzem do filmu Tornatorego, odwołaniem do innej historycznej pamięci.

Festiwal rozpoczęty tak wymowną - egzotyczną dla nas, a przecież przekonującą - pochwałą komunizmu ma jednak również drugą ideową dominantę: religijną, odwołującą się z kolei do poczucia kryzysu wiary i "śmierci Boga". Myślę o filmach, które nas w najbliższych dniach czekają: "Drodze krzyżowej" Sereny Nono, realizowanej z udziałem weneckich bezdomnych, czy "Lourdes" Jessiki Hausner, o pielgrzymce po cud-uzdrowienia. Czy wreszcie o apokaliptycznym horrorze ukazującym świat po katastrofie w amerykańskiej "Drodze" Johna Hillcoata według bestsellerowej powieści Cormaca McCarthy'ego. Ojciec z synkiem, pchając przed sobą wózek z resztką dobytku, samotnie wędrują przez opustoszały świat, w którym każdy spotkany człowiek może okazać się ludożercą. Natrafiają na piwniczkę pełną zapasów - puszek owocowych Del Monte. Jedząc je, odmawiają stworzoną na poczekaniu modlitwę: "Ludzie przeszłości, dziękujemy wam za spożyty pokarm...".













Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':